1)
Recenzja albumu: Sing Sing Penelope "This is the music"
(05.05.2012) Jazz Press
Zespol Sing Sing Penelope obchodzil niedawno 10-lecie swojego istnienia i z tej perspektywy nalezy go uznac za jedna z najwazniejszych formacji pierwszej dekady trzeciego tysiaclecia. Zabrzmialo patetycznie, a nie powinno, bo muzyka SSP okreslic mozna jako post yass, a w tej tradycji muzycznej zawsze bylo wiele dowcipu, autoironii, a nawet zgrywy. Fakty jednak sa jakie sa i bez SSP nie byloby takiego renesansu polskiej mlodej muzyki improwizowanej (o korzeniach jazzowych) z jakim mamy do czynienia obecnie i jaki budzi zainteresowanie, wrecz podziw, na Swiecie. Sklad grupy ulegal zmianom na przestrzeni tych lat, a obecnie graja w SSP Wojtek Jachna na trabce, Tomek Glazik na saksofonie tenorowym i klarnecie basowym, Aleksander Kaminski na saksofonie sopranowym, Rafal Gorzycki na perkusji i Daniel Mackiewicz na roznych przeszkadzajkach. Zaczeli jako nikomu nieznani kumple w garazu (przesadzam!), ale dzisiaj niektorzy z nich to czolowe postacie polskiej sceny. Z pewnoscia za takiego muzyka nalezy uznac Gorzyckiego, ktory poza tym zespolem prowadzi doskonaly Ecstasy Project i kwartet z Paterem, Urowskim i Wojtczakiem. Ale pozostali tez nie maja sie czego wstydzic, jak chocby Wojtek Jachna, ktorego wspolpraca z Jackiem Buhlem zaowocowala niedawno zjawiskowym albumem Niedokonczone ksiazki, czy Tomek Glazik, ktroego sound odnajdziemy takze w Contemporary Noise Sextet czy Spejsie. Wracajac do SSP to ta plyta jest juz szosta w ich dyskografii, ktorej znajomosc powinna byc obowiazkowa dla kazdego milosnika dobrej polskiej muzyki. Albumy te roznia sie od siebie, przynosza za kazdym razem muzyke oryginalna i jednoczesnie spojna. Sa kreacja w najlepszym mozliwym znaczeniu tego slowa. Do bardzo dobrych nalezy wydany w 2005 debiutancki Sing Sing Penelope, a Music For Umbrellas (2007) i We Remember Krzeselko (2008) slucha sie dzisiaj rownie swietnie jak w momencie ich wydania. Z kolei Stirli Poeple in Jazzga nagrana z legendarnym trebaczem i ekscentrykiem Andrzejem Przybielskim jest po prostu albumem genialnym i jedna z najlepszych plyt w calej historii polskiego jazzu. Tak, tak, nie ma w tym zadnej przesady. Wszakze nastepny i przedostatni album Electrogride nie spotkal sie z tak cieplym przyjeciem. Wielu, w tym ja, uwaza go po prostu za najslabszy ze wszystkich. Zreszta sami muzycy uwazaja go za nieco pechowy i nakrecili nawet film na ten temat, zatem nie bade sie nad tym rozwodzic. Slowo Smolensk jest kluczem do zrozumienia tej sytuacji, podobnie jak wielu innych absurdow w tym kraju. Tym wiekszy moj szacunek dla SSP, ze nie przejal sie specjalnie negatywnymi recenzjami poprzedniej plyty, lecz kontynuowac prace nad projektem razem z norweskim DJem o przydomku Strangefruit i skrzypkiem Sebastianem Gruchotem. Dzieki temu ich kolejna wsplna plyta po pechowym Electrogride, czyli This Is the Music przynosi muzyke o wiele bardziej dojrzala, dopracowana i po prostu zachwyca klimatem. Ktory to klimat jest zupelnie odmienny od poprzednich plyt SSP, bo oznacza zwrot w kierunku minimalizmu, nasyconej ambientem i chilloutem elektroniki, w kierunku pieknych melodii i subtelnych nastrojow. Jest w tym jakas pogoda ducha, spokoj, a jednoczesnie piekno, ktore powinno zwrocic uwage na ten projekt nie tylko yassowej, czy nawet jazzowej publicznosci, ale kazdej, bo muza ta chociaz ambitna i wartosciowa nie jest bynajmniej trudna. Po prostu brawo!
Autor recenzji: Maciej Nowotny
2)
Recenzja albumu: "A-kineton" Pater, Gorzycki, Wojtczak, Urowski
(05.05.2012) Popup Magazine , (link)
Po ponad dwoch latach od premiery albumu Dziki Jazz poznajemy A-Kineton, nowy material, ktory mozna swobodnie uznac za naturalna kontynuacje tamtego projektu, dzis grajacego w nieco zmienionym skladzie. Do Kamila Patera, Rafala Gorzyckiego i Pawla Urowskiego dolaczyl, w miejsce Aleksandra Kaminskiego, Irek Wojtczak. Na plycie kwartet wspiera goscinnie Maurycy Wojcinski na trabce.
Bez watpienia nowe wydawnictwo kwintetu (udzial trebacza nie jest symboliczny) to w porownaniu z poprzednim krok do przodu tym razem efektywniej udalo sie wydobyc tkwiacy w zespole potencjal. Osiem zawartych na plycie utworw, choc utrzymanych w podobnej do debiutu stylistyce, skonstruowanych z pietyzmem i naznaczonych dosc wyraznie aura kontemplacyjnosci, zagranych jest z wieksza odwaga, doza szalenstwa i zadziornosci. Nawet te stosunkowo spokojne utwory otrzymuja mniej wymuskana, a bardziej abstrakcyjna forme. Spora w tym wszystkim zasluga na pewno Kamila Patera, pomyslodawcy projektu i autora polowy kompozycji. Okraglych i lagodnych fraz w jego wykonaniu na plycie nie brakuje, czesto jednak brzmi mocniej, bardziej dwuznacznie, szorstko. Choc nie przychodza z pierwszego planu dzwiekowego, to wespol z czujnA sekcja rytmiczna wyraznie nadaje charakteru calosci. Warta podkreslenia jest gra instrumentow detych - zagrane z duza swoboda, nerwowe i miesiste partie z gitara w tle pozwalaja stwierdzic, ze angaz Wojtczaka i dolaczenie trabki mialo sens.
Efektem jest solidna, bardzo dobrze zagrana i ciekawie zaaranzowana plyta, ktorej do dzikiego jazzu tym razem zdecydowanie blizej.
Autor recenzji: Marcin Marchwinski
3)
Recenzja albumu: Sing Sing Penelope "This is the music"
(05.05.2012) Popup Magazine , (link)
Poczynania Sing Sing Penelope sledze od samego poczatku, mam chyba do tego zespolu pewna slabosc i tym bardziej ciesze sie, ze nie daje o sobie zapomniec. Wlasnie ukazala sie juz szosta plyta tej bydgoskiej formacji, obwolanej swego czasu nadzieja polskiego jazzu. Od razu dodam: album bardzo dobry, wciagajacy, mieniacy sie wieloma barwami i odcieniami, a jednoczesnie w tej ronorodnosci zachowujacy od poczatku do konca szesciu kompozycji dojrzaly, przemyslany i uporzadkowany styl.
Byc moze wartosc zespolu tkwi w jego nieograniczonej wrecz zdolnosci do ciaglego ewoluowania, wyrazajacej sie zarowno w stalym poszukiwaniem brzmienia i sieganiem po nowe srodki muzycznej wypowiedzi, jak tez roszadami personalnymi. Nie sa one tu jakies znaczace, ale warto zauwazyc, ze kazdy album od doskonalego We remember krzeselko poczawszy nagrany zostal w nieco innym skladzie niz poprzedni. Teraz do zespolu dolaczyl saksofonista Aleksander Kaminski (Dziki Jazz, Contemporary Noise), ponownie goscinnie wystepuje rezydujacy na co dzien w Norwegii dj Strangefruit i skrzypek Sebastian Gruchot. Medytacyjnego klimatu, jakim naznaczone byly poprzednie wydawnictwa SSP, te zmiany nie zabieraja, a poszerzenie przestrzeni o obecne juz na poprzedniej plycie ambientowe akcenty wyszlo tylko na dobre.
Album zaczyna sie wlasnie tak, jak moglaby brzmiec kontynuacja, wydanego przed dwoma laty w pamietnych okolicznosciach, Electrogride: po krotkim saksofonowym intro dostajemy najdluzsza kompozycje na plycie, ascetyczna, mroczna, na swoj sposb liryczna, ze skandynawskim chlodem w dobrym tego slowa znaczeniu. I choc kolejne dwa utwory nabieraja cieplejszych barw (melodyjna linia basu, saksofonu sopranowego, wstawione partie wokalne), ten niepokj i dramaturgia pozostaja gdzies pod ich powierzchnia, glownie w szumie elektroniki i przestrzennych pasazach trabki Wojciecha Jachny. Po skromnej miniaturce (duet skrzypce perkusja) nastepuje konczaca plyte kompozycja Daniela Mackiewicza, w niepokojacym dzwieku klawiszy, perkusji i saksofonu stopniowo nabiera dynamiki i sily, az do ekstatycznego kolektywnego finalu.
Nie wiem, czy umieszczony w podtytule plyty zwrot volume 1 to zapowiedz kontynuacji, ale nie mam nic przeciwko. Stawiam ta plyte na polce z najlepszymi krajowymi albumami, jakie w tym roku moglem uslyszec. Tak trzymac.
Autor recenzji: Marcin Marchwinski
4)
Recenzja albumow: Sing Sing Penelope "This is the music" oraz "Pater, Gorzycki, Wojtczak, Urowski: A-kineton"
(26.04.2012) Gazeta Wyborcza ( DF)
Rafal Gorzycki jest tytanem pracy. Nie dosc, ze realizuje sie jednoczesnie w kilku zespolach (m.in. Sing Sing Penelope, Ecstasy Project, Trio Poems), to ledwie nagral jedna plyte, a juz ukazuje sie kolejna. Ale zacznijmy od poczatku. "A-Kineton" to najnowsze nagranie kolektywu Gorzyckiego, Kamila Patera, Pawla Urowskiego i Irka Wojtczaka. Trzy lata temu artysci w podobnym skladzie wydali kapitalny album "Dziki Jazz". Tym razem siegaja do nieco innych klimatow, choc nie mniej ekscytujacych. Niezwyklej energii i wewnetrznego nerwu nadaje tej muzyce jednostajny puls perkusyjny i basowy. Dzieki kapitalnym improwizacjom Wojtczaka (saksofony, klarnet basowy, flet), Patera (gitara) i grajacego tu goscinnie Maurycego Wojcinskiego (trabka) napiecie nie spada ani na chwile. Gdy dodamy do tego jeszcze odrobine ostrej i suchej gitary, przywolujacej w pierwszych chwilach skojarzenia z muzyka Toma Waitsa do filmu "Noc na ziemi" Jima Jarmuscha, nerwowosc okazuje sie genialna tworcza podstawa. W branzowej literaturze mozna przeczytac, ze akineton przywraca zaklcona rownowage w centralnym systemie nerwowym. Okazuje sie jednak, ze medycyna albo klamie, albo nie ma kompletnie przelozenia na muzyke.
Gorzycki jest tez jednym z glownych bohaterow najnowszego nagrania formacji Sing Sing Penelope. Tu jednak mamy do czynienia z zupelnie innym stylem i skladem. Punktem wyjscia jest oczywiscie muzyka swobodnie improwizowana, a polskich muzykow wspomaga dodatkowo norweski mistrz muzyki elektronicznej - DJ Strangefruita (znany m.in. z zespolow Nilsa Pettera Molvaera czy Bugge Wesseltofta). Wiecej tu natchnionej melodyki, sentymentalnej frazy, a nawet zabawy forma i barwa ("Vennesla"). W sumie otrzymujemy jednak mocne, improwizowanie granie. Jest zreszta okazja, by sprawdzic to na zywo. Sing Sing Penelope zagra 17 maja w Lodzi Kaliskiej, a "A-Kineton" juz w niedziele (29.04) na nowym festiwalu Jazzart w Katowicach.
Autor recenzji: Tomasz Handzlik
5)
Recenzja albumu "Pater, Gorzycki, Wojtczak, Urowski: A-kineton"
(04.2012) Long Play Recenzje
Intrygujacy tytul i projekt graficzny, brak nazwisk muzykow i instrumentarium przed rozfoliowaniem okladki -tylko tytuly i nazwiska kompozytorw w nawiasach na rewersie. Slowem: plyta dla wtajemniczonych; dla tych, ktorzy juz od pewnego czasu slyszeli o nowym projekcie trojki muzykow (Kamil Pater, Pawel Urowski, Rafal Gorzycki), jacy jakis czas temu popelnili wraz z saksofonista Aleksandrem Kaminskim bardzo cieplo przyjety w swiatku jazzowym album: ''Dziki Jazz'' (2009), nominowany do ''Fryderyka 2010'' w kategorii: Jazzowy Debiut Fonograficzny Roku. Tym razem na saksofonie (ale tez na flecie i klarnecie basowym) zagral Irek Wojtczak, a goscinnie w projekcie wzial udzial w kilku fragmentach plyty: trebacz Maurycy Wojcinski. Warto tez pamietac iz w przypadku: ''A-kinetonu'' mamy do czynienia z instrumentalistami zwiazanymi poza ''Dzikim Jazzem'' z tak wspanialymi formacjami jak: Sing Sing Penelope i Ecstasy Project (R.Gorzycki), Contemporary Noise Sextet (K.Pater), Maciej Fortuna Quintet (P.Urowski) czy Leszkiem Mozdzerem (I.Wojtczak), co klasyfikuje plyte: ''A-kineton'' w kategorii produkcji mogacej byc postrzegana jako swego rodzaju mloda supergrupe jazzowa.
Kompozycyjnie album zdominowany jest utworami Kamila Patera, lecz bledne bylyby domysly iz sa to kompozycje pisane ''pod gitare''. Kazdy z instrumentow pelni na plycie swa w niezwykle demokratyczny sposob okreslona role, a rola gitary czasem ogranicza sie wrecz do tworzenia zaledwie klimatycznych podkladow.
Krazek otwieraja niepokojace dzwieki kontrabasu, do ktorych w magiczny sposb powoli dolaczaja perkusyjne przeszkadzajki, trabka, saksofon... w koncu i gitara. To tytulowy: ''A-kineton'' oparty na wspanialych partiach detych, jakie dominuja w dalszej czesci utworu penetrujac dzwiekami saksofonu rejony odwiedzane przez najwiekszych mistrzow stylistyki free tego instrumentu. Doprawdy: bardzo mocny poczatek plyty!
Jedyna kompozycja perkusisty projektu jest drugi track na krazku: ''Bleak Sun'' utrzymany w srednim tempie i jak latwo sie domyslec oparty na dominujacej roli sekcji rytmicznej.
Calkiem niedawno moglismy cieszyx sie wysmienitym albumem: ''They Were P'' (2011) nagranym przez Ecstasy Project, a dzieki tej plycie mamy okazje ponownie spotkac sie z niezwyklym brzmieniem perkusisty obu projektw: Rafalem Gorzyckim. ''Bleak Sun'' to takze wysmienity popis fantazji interpretacyjnej Irka Wojtczaka.
Jednak jego glos recytujacy pojedyncze slowa podczas leniwie snujacego sie: ''Solaris'' psuje troche nastrj plyty. To jedne z najmniej przekonujacych minut calego albumu.
Frywolnie roztanczony kontrabas otwiera wspanialy: ''Dancing Queen''. Po raz pierwszy w tak znacznym stopniu mamy do czynienia podczas sluchania plyty z pokazem niezwyklej wiruozerii K.Patera. Swietne impresje saksofonu i przede wszystkim doskonaly w tym nagraniu Rafal Gorzycki zdecydowanie podnosza temperature po nijakim: ''Solarisie''. Szkoda ze instrumentalisci nie ''przeciagneli'' troche tego utworu i nie rozegrali sie bardziej w tym utworze, ale coz... to nie koncert, gdzie niejednokrotnie mozna smielej ''poszybowac'' improwizacyjnie.
Trabka goscinnie bioracego udzial w nagraniach: M. Wojcinkiego ozdabia spokojne: ''Half Life'', a Pater delikatnie akompaniujac jej dzwiekom w srodkowej czesci utworu, tworzy przejmujacy klimat.
Iscie free jazzowy ''odjazd'' na poczatku: ''Indian Driver'' jest uwertura do galopady dzwiekowej jak porywa nas w dalszej czesci utworu przedzielonego solowymi popisami gitarzysty i saksofonu. Calosc zmierza ku doskonalej kulminacji zbudowanej improwizacjami saksofonu w towarzystwie wysmienitej sekcji rytmicznej.
Podobnie jak w przypadku deklamacji w ''Solarisie'', tak podczas: ''Time for sheeps and dogs'' przeszkadzaja troche dzwieki wydobywane przez I.Wojtczaka bez uzycia instrumentu (w tym przypadku jest to gwizdanie). Poza tym, ta jedyna na plycie kompozycja zbiorowa calego kwartetu (zarazem najdluzsza: blisko 9 minut), oparta na luzno tworzonych impresjach melodycznych, jest wspanialym punktem programu: ''A-kineton''. Podczas tych minut wlasnie bowiem najsilniej mozna ulec wrazeniu uczestnictwa w niczym nieskrepowanych improwizacjach czworki wysmienitych instrumentalistw.
Najbardziej tradycyjnie brzmi konczace calosc: ''The Tree''; moze troche nie pasujace do calosci przez swa lekkosc i natychmiastowa przyswajalnosc, lecz w doskonaly sposob wienczace i scalajace caly album.
Chwilami nie mozna oprzec sie wrazeniu, iz: ''A-kineton'' w calej swej formie (lacznie z projektem okladki) jest wypadkowa inspiracji kazdego sposrod tworcow, estetyki oscylujacej na obszarze fascynacji nie tylko jazzem, ale tez muzyka filmowa i teatralna.
To swego rodzaju muzyczna opowiesc. Wciagajaca i trzymajaca w napieciu dzieki niemal hitchcockowskiej dramaturgii budowanej falami: od otwierajacej ja niczym burza kompozycji tytulowej poprzez ''usypianie czujnosci'' sluchacza (''Bleak Sun'', ''Solaris'', ''Half Life'') i kolejne fale nim ''wstrzasajace'' (''Dancing Queen'', ''Indian Driver'').
Autor recenzji: Blox
6)
Recenzja albumu "Pater, Gorzycki, Wojtczak, Urowski: A-kineton"
(04.2012) Magazyn - Jazz Press
Poczatki roku 2012 nie sa jakies spektakularne dla polskiego jazzu z wyjatkiem wszakze dokonan Mikolaja Trzaski i tych Rafala Gorzyckiego. Gorzycki nie ma ekspansywnej osobowosci jaka potrzebna jest w dzisiejszych czasach, aby byc gwiazda, ale w moim odczuciu zasluguje na duze uznanie, bo rok po roku inicjuje jedne z najciekawszych projektw na naszej scenie. Takie jego formacje, jak Sing Sing Penelope czy Ecstasy Project sa juz doskonale znane, zwlaszcza fanom nowoczesnej muzyki improwizowanej. Najnowsza plyta tej drugiej formacji They Were P ukazala sie w koncowce 2011 r. i nalezy do najciekawszych propozycji w calym tym wysmienitym dla polskiego jazzu roku. Niejeden spoczalby na laurach, a tu Gorzycki wydal na poczatku 2012 roku kolejny krazek w ramach trzeciego swojego projektu, z ktorym w 2009 roku wydal plyte Dziki Jazz. Kolektyw ten tworza oprocz Gorzyckiego grajacego, przypomnijmy, na perkusji, saksofonista Irek Wojtczak, gitarzysta Kamil Pater i basista Pawel Urowski. Ponadto goscinnie na plycie uslyszymy trebacza Maurycego Wojcinskiego.
Dziki Jazz narobil na naszej scenie sporo zamieszania, bo tytul mial charakter przesmiewczy i autoironiczny (co nie wszyscy zalapali...) podobnie jak powiedzmy tytul albumu Chopin Chopin Chopin sekstetu Marcina Maseckiego Profesjonalizm. Tam nie bylo prawie wcale Chopina, a tu dzikosci w ogole, a i jazzu (rozumianego jako muzyka synkopowana itd.) niewiele. Ale bylo to, co najwazniejsze: spojna, kreatywna i przede wszystkim wlasna wizja artystyczna muzyki jaka chca ci muzycy grac. Nie inaczej jest na najnowszym krazku, ktry robi na mnie nawet lepsze wrazenie. I nie jest to chyba efekt zasady inzyniera Mamonia, czyli upodobanie do tego, co juz jest mi znane, a po prostu naturalny proces dojrzewania pewnego pomyslu. Ten pomysl to granie duzo bardziej free niz w przypadku Sing Sing Penelope i mniej klasycyzujace niz w skadinad swietnym Ecstasy Project.
Jest to kawal porzadnego avant jazzu czyli muzyki, ktra nie odgrzewa po raz setny i tysieczny kotletow wg gotowych recept sformulowanych przed dziesiecioleciami przez Davisa i Coltranea. Lecz szuka wlasnych srodkow wyrazow i usiluje oddac nastroj tu i teraz, w ktorym zyjemy. Jaki jest ten opis rzeczywistosci wg tych muzykow to warto sprawdzic samemu sluchajac plyty, ktorej tytul juz dawno powinienem podac, a ktory brzmi: A-Kineton...
Autor recenzji: Maciej Nowotny
7)
Recenzja albumu "Pater, Gorzycki, Wojtczak, Urowski: A-kineton"
(29.03.2012) Jazzarium
A-Kineton to z jednej strony muzyka demokratycznego kolektywu: Kamil Pater - gitara, Rafal Gorzycki perkusja, Pawel Urowski kontrabas, Irek Wojtczak saksofony, klarnet basowy, na trabce goscinnie gra Maurycy Wojcinski; a z drugiej swietnie zapowiadajacy si? zespol pod kierownictwem gitarzysty Kamila Patera. A-kineton jest tez w prostej linii tworczym rozwinieciem projektu Dziki Jazz z 2009 roku. Spotkaniem muzykw, ktorzy na co dzien tworza takie formacje jak: Contemporary Noise Sextet, Sing Sing Penelope, Ecstasy Project, Irek Wojtczak Outlook.
Jak to sobie powiedzielismy przed chwila, z projektu wylania sie zespol, coraz wyrazniej dowodzony przez gitarzyste Kamila Patera. Doskonale sens tej przemiany ilustruje graficzna strona wydawnictwa: instrumentalny kolektyw zostaje pomieszczony w pudle rezonansowym gitary, co tez slychac w dzwiekach i mozna przeczytac w opisach. Gitarzysta jest autorem przewazajacej czesci repertuaru, wspoproducentem i osoba uprawniona do wszelkich merytorycznych kontaktow. Po rozkodowaniu owej merytoryki, kotra szlachetnie odnosi sie do dzialan kolektywnych, przejdzmy do wysluchania nagran
.
Starannie zrealizowany album (takze od strony graficznej i poligraficznej) zawiera 8 kompozycji, w sumie nieco ponad 46 minut muzyki. Z pierwszymi dzwiekami otwiera sie horyzont inspiracji daja sie wyloni? zarowno wplywy muzyki polskiej (np. charakterystyczna jest melodyka poszczegolnych improwizacji na saksofonach oraz sposob wykonania tematow zagranych w dlugo wybrzmiewajacych unisonach), sporo jest odniesien do najnowszych dokonan w dziedzinie szeroko rozumianej muzyki improwizowanej na Swiecie - produkcji Songlinea'u, Label Bleu, ECM-u; nie brak tu tez klasycznych brzmien - w szczegolnosci europejskiego jazzu. Muzyka ma kontemplacyjny charakter, przez co szybko wciaga nas do swego wnetrza. Zdarzaja sie niespodziewane zwroty akcji, bogate w sonorystyczne poszukiwania. Daje sie wyczuc wielki erudycyjny potencjal zespolu, muzycy sa osluchani i przeanalizowali niejedno muzyczne zjawisko. Wszystko to, bez cienia doslownosci, w homeopatycznych dawkach. Mozna odnalezc zarowno brzmienia komedowskie, cos z Gentle Giant, klimatu nagran Johna Abercrombiego z projektu Gateway, a w dzwiekach gitary nawet elementy muzyki Autechre. Zatem, nie brak tu oryginalnych przemyslen na temat jazzu, jego rodzimych tradycji, koneksji i miedzynarodowych podrozy. Muzyka kontempluje wspolczesno?sc i z nostalgicznym pietyzmem siega do przeszlosci.
Moglaby powstac w dowolnym miejscu na mapie Swiata, a zarazem zawiera w sobie potencjal, ktory wyroznia nas jako ludzi majacych cos waznego i oryginalnego do powiedzenia. Oto pomysl na polskie brzmienie muzyki improwizowanej AD 2012. Powrt do sedna sprawy, w tym wypadku czasow Komedy i melodyki jego kompozycji, a o ile nagrania z lat 60-tych spowite byly mroczna, dramatyczna i klaustrofobiczna aura, to tym razem wyraznie widoczne sa perspektywy rozwoju. Powstala bardzo otwarta muzyka z nastawieniem na klimaty i sonorystyczne dialogi, chwilami przeradzajace sie w dynamiczne polemiki. To wszystko da sie uslyszec juz po pierwszym przesluchaniu. Kolejne, odkrywaja zachlanne poszukiwania inwencyjnosci oraz wlasnego oryginalnego glosu instrumentalnego. Pater coraz wieksze znaczenie przywiazuje do improwizacji. Aktywnie wspiera go w tych inwencjach saksofonista, ktry najswobodniej sposrod muzykow w nich sie realizuje, jakby tylko czekajac, kiedy moze dac im upust. A-Kineton zaprasza do wielokrotnego sluchania, do czestego przebywania w jego otoczeniu i do odtwarzania na mozliwie najlepszym poziomie jakosci.
Nie jest to trudna, kontrowersyjna, czy tym bardziej dzika muzyka, a dobre wyczucie estetyczne muzykow powoduje, ze nagrania inspiruje do niebanalnych skojarzen. Kamil Pater z zespolem prezentuje muzyke rzetelnie przygotowana w wielu detalach zarowno warsztatowych, technicznych czy inwencyjnych a jednak nie stroniaca od emocjonalnosci; muzyka, ktora pomimo swej erudycyjnosci nie jest kopia czegokolwiek, co dotychczas slyszelismy, a co poprzez to, przyczynia jej wielkiego rozwojowego potencjalu.
Na szczeglne podkreslenie zasluguje rezonans Pater - Wojtczak. Tu odpowiedz jest najszybsza, a wynika z niej zawsze interesujacy dialog. Wspolnej zespolowej pracy sprzyja rzetelna aranzacja oraz intuicyjna wrazliwosc sekcji rytmicznej. Wszystkie tematy sa ciekawe, pieknie brzmia, muzyka plynie lekko i jakby od niechcenia - jak wspomnienie cieplej, rozswietlonej sloncem sierpniowej aury.
Autor recenzji: Andrzej Kalinowski
8)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - They were P"
(12.01.2012) BIK
Plyta godna poswiecenia jej duzej uwagi. Rafal Gorzycki odbyl w ostatnich
latach wspaniala muzyczna podroz. Czuje, ze to jego szczera, bezkompromisowa
artystyczna droga. Od brzmien kojarzacych sie z wysublimowanym, chlodnym,
europejskim jazzem dotarl do krainy wspoczesnej kameralistyki. Uwielbiam
ten album glownie za umiejetne operowanie cisza i dzwiekowym drobiazgiem.
Najwieksze wrazenie robia na mnie te ciche, intymne rozmowy miedzy
instrumentami. Gorzycki pozwala bez wyznawania jakiejkolwiek wiary wkroczyc
do jego prywatnej swiatyni. Zdawaloby sie, ze do odbioru tego albumu
potrzebna jest pewna doza kompetencji, jednak jesli jestesmy choc troche
otwarci, nie bedziemy mieli problemu z wejsciem w ten dostojny, lecz nie
koturnowy swiat. Wspaniale odnalazl sie w nim takze Tomasz Pawlicki.
Chwilami moze gra na skrzypcach Gorewicza jest zbyt patetyczna, no ale musze
sie do czegos przyczepic. Z przyjemnoscia od lat obserwuje artystyczny
rozwj Rafala Gorzyckiego. Generalnie czapki z glow.
Autor recenzji: Tomasz Kazmierski
5)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - They were P"
(27.12.2011) Jazzarium - (link)
To bedzie jedna z najkr0tszych recenzji w jazzarium.pl, bo tez i opisywanie plyty They Were P jest kompletnie nie na miejscu. Ba to nawet nie bedzie recenzja. Wlasciwie nie wiadomo za bardzo co to bedzie za tekst, ale jakis musi byc, choc szczegoly z ktorych wiekszosc recenzji sie sklada sa tu raczej bez znaczenia. Bez znaczenia jest zatem liczba utworow, ktrora miesci album. Nie jest rowniez przesadnie wazne jakimi tropami podazaja inspiracje Rafala Gorzyckiego. Ile w nich jazzu ile europejskiej kameralistyki XX wieku, ile fascynacji minimal music, ile olsnienia improwizacja i jakie sa jej proporcje do zapisu w nutowym papierze.
Sam Rafal twierdzi, ze pisze muzyke starannie i pieczolowicie. Ze przygotowuje utwory drobiazgowo, poniewaz zespol sklada sie z muzykow nie mieszkajacych w jednym miejscu, wiec doprecyzowanie idei jest szalenie istotne, aby kiedy juz dochodzi do spotkania sprawy byly jasne i klarowne. A ze w grupie znajduja sie muzycy, ktorzy jakims zupelnie niezwyklym u nas zrzadzeniem losu z jednej strony szanuja partyture, z drugiej potrafia od tej partytury odejsc i pozwolic sobie na improwizacyjna wolnosc to i efekt jest wiecej niz satysfakcjonujacy. Malo kto tak potrafi, a jeszcze mniej nie waha sie i z jednego, i z drugiego publicznie i z powodzeniem korzystac.
Zeby wiec nie brnac dalej w slowa pisane powiem tylko tyle, ze nie obchodzi mnie zupelnie czy jest to dobra plyta, czy niedobra. Wystarcza mi, ze dla mnie jest plyta niezwyklej urody, ktra pobudza wyobraznie i fascynuje wspolbrzmieniem skrzypiec, wibrafonu fletu, kontrabasu i perkusji i pozostawia jak do tej pory w ciaglym niedosycie.
Dziesiec lat minelo od chwili wydania pierwszego albumu grupy Ecstasy Project. W tym czasie zespol nagral piec plyt. Niektore doczekaly sie entuzjastycznych recenzji na Swiecie. Ostatnia z nich, They Were P wlasnie, to jeden z najlepszych prezentow muzycznych jakimi zostalem w ostatnich miesiacach obdarowany.
Autor recenzji: Maciej Karłowski
9)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - They were P"
(22.12.2011) Gazeta Wyborcza - Duzy Format
Zalozycielem i liderem zespolu jest perkusista Rafal Gorzycki. Muzyk majacy za soba zarwno wyksztalcenie jazzowe, jak i klasyczne. W 2006 roku jego muzyczne projekty (m.in. Ecstasy Project i Sing Sing Penelope) okrzykniete zostaly najwazniejszymi zjawiskami muzycznymi, stajac w jednym szeregu z takimi gwiazdami jak Tomasz Stanko czy Rafal Blechacz.
Gorzycki i jego zespol nawiazuja do estetyki spod znaku renomowanej wytwrni ECM, a jednoczesnie ich muzyka jest w pewnej mierze kontynuacja najlepszych dokonan polskiej sceny yassowej. Zwlaszcza slynnej formacji Maestro Trytony, ktrore wiekszosc czlonkw Ecstasy Project przed laty wspoltworzyla.
Szalone idee pozostaly. Zmienily sie tylko srodki. Gorzycki stawia dzis na fuzje jazzu ze wspolczesna klasyczna kameralistyka. Znalazl na to dobry pomysl, a do jego realizacji wspanialych muzykow. Z flecista Tomaszem Pawlickim, skrzypkiem i altowiolista Lukaszem Gorewiczem, obslugujacym wibrafon i instrumenty perkusyjne Pawlem Nowickim i kontrabasista Pawlem Urowskim sa w stanie dokonac cudw. Ich muzyka wciaga, pobudza, przyprawia o dreszcze, a przeciez rozgrywa sie niemal w calosci na granicy dzwieku i ciszy. Gdzie delikatne brzmienie wibrafonu zlewa sie w jednosc z niezwykle oryginalnym stylem improwizacyjnym Gorewicza, a rownie delikatny dzwiek fletu idealnie wkomponowuje sie w szelest perkusji i basu.
"They Were P" to plyta podsumowujaca 10-lecie istnienia zespolu. Istnienia, ktore jest nieustajacym pasmem rozwoju. Od znakomitego debiutu, po coraz to lepsze nagrania studyjne i koncertowe. Czapki z glow, oto przyszlosc jazzu.
Autor recenzji: Tomasz Handzlik
10)
Wywiad z Rafalem Gorzyckim
(10.11.2011) Jazzarium.pl - (link)
Przed dwoma tygodniami ukazała się na płytowym rynku piąta płyta formacji Ecstasy Project zatytułowana "They Where P". Na tę okazję oraz na okazję rozpoczynającej się w środę trasy koncertowej zespołu, jej lider, Rafał Gorzycki przemówił!
Mija 10 lat od wydania pierwszej płyty Ecstasy Project. Mamy więc jubileusz, jak się czujesz jako jubilat?
W ogóle nie czuje się jubilatem. Ten hałas rocznicowy powstał tylko z praktycznych powodów. Musiałem mieć jakiś chwytliwy tytuł projektu na dofinansowanie albumu "They were P" do Urzędu Miasta Bydgoszczy i Urzędu Marszałkowskiego. Debiutancki album Ecstasy Project pojawił się w 2001 i pomyślałem, że na urodziny to raczej mi dadzą pieniądze, bo jubilatom się nie odmawia...i nie odmówili!
A już myślałem, że to okazja do jakichś muzycznych podsumowań. NIe lubisz podsumowań?
A jeśli o to pytasz, to na pewno tak, ale nie dotyczy to faktu, że Ecstasy Project istnieje 10 lat..... Gdyby nie ten projekt, to nawet bym nie wiedział o tym. Jeśli chodzi o podsumowanie to powoli zbliżam się do 40-tki ( mam 37 lat :-) i powoli czuję, że wkraczam w pewien nowy okres. Mówi sie, że najlepszy, najbardziej dojrzały i twórczy okres dla artystów to przedział 40-60 lat. Z drugiej strony, 40-tka dla mężczyzny to pewna cezura. Zawsze muszą być dwie strony, to irytujące. Poza tym moje życie osobiste przez ostatnie 3 lata było bardzo ciężkie, bardzo przeżyłem swój rozwód, a teraz jestem tatą miesięcznego Wojtusia. To jakoś podprogowo wpływa na twoją muzykę i widzenie w niej siebie. Podsumowań nie lubię, bo wymaga to patrzenia w przeszłość, jakby coraz mniej było przed tobą, jakbyś przy każdym podsumowaniu umierał. A nie zawsze lubię o niej myśleć, wolę myśleć o nowych płytach i koncertach, filmach, obrazach.... teraz Wojtusiu. Od jakiegoś czasu chodzę na psychoterapię, bo nie mogłem się pozbierać po rozwodzie i sporo piłem piwa...Widzę rzeczy bardziej wyraźnie i dostrzegam więcej w tym co robię i dlaczego robię. Pomaga to głównie w życiu, ale przekłada się też na muzykę.
Co jest teraz w obliczu tych wszystkich zmian w życiu osobistym ważne dla Ciebie w muzyce, jak widzisz siebie w niej?
Chcę czerpać z niej więcej radości, frajdy po prostu. Nie traktować jej zadaniowo - kompozycja, próby, sesja, trasa, koniec. Dać sobie przestrzeń na przyjemność i zobaczyć ile już udało mi się zrobić i osiągnąć. Zawsze byłem bardzo surowy dla siebie, za bardzo. To trudny i długi proces, ale rozpocząłem go!
Mówisz nowy okres, masz także przeczucie jaki to może być okres, co może się zdarzyć, jakim tropem będziesz podążał?
Co do tropu, to mam dobry węch i ciągnie mnie ku nowemu. Utkwiło w mojej głowie zdanie Hancocka - jazz będzie żył, póki będą ludzie, którzy będą próbować go rozwijać i szukać nowych rozwiązań. To chyba bardzo na czasie, obserwując wpisy internetowe braci jazzowej.
Jakie wpisy masz na myśli?
Kurcze , wyjdzie dość poważny wywiad......
Trochę tak, ale jak wolisz możemy przejść do pytań neutralnych.
Nie, ostatnio śledziłem forum na facebooku - co sie dzieje z polskim jazzem, na google - psj-otowe i chocby jazzarium dwugłos + komentarze... nasunęło mi się podsumowanie tego, co czytałem. Cytując klasyka: "Moi drodzy, po co kłótnie, Po co wasze swary głupie, Wnet i tak zginiemy w zupie!" "A to feler" - Westchnął seler."
To nie kłótnie wcale, przynajmniej w tym dwugłosie. Sugerujesz więc, za młodszym nieco klasykiem, że lepiej "róbmy swoje"?
Jesteśmy artystami, twórcami, elitą (tak pewnie o sobie myślimy), a robimy sobie polskie piekełko w niczym lepsze niż to, które zawdzięczamy naszej i nie tylko naszej klasie politycznej. Nie mam z tym problemu..... taki mam okres, a gadanie o dźwiękach uważam za bezsensowne, wolę je generować, niż o nich mowić.... no chyba, że na uczelniach :-) Wracając do dwugłosu, był dość wyważony, faktycznie.... ale dla czujnego czytelnika łatwo wyłuskać, co w trawie piszczy. Mówisz róbmy swoje? Zawsze!!! Sądzę, że długoterminowo to zawsze się kalkuluje i przynosi owoce.
Co zatem Twoim zdaniem w trawie piszczy?
Wielu artystom i nie tylko, bardzo przydałaby się psychoterapia. Lustro, które pokazuje co w nas się naprawdę dzieje i czemu reagujemy tak, a nie inaczej. Polecam każdemu! Powinno to być refundowane przez NFZ i w niektórych krajach zresztą jest! Brak szacunku, rywalizacja, kompleksy, ambicje, złośliwości - wszystko to powoduje strach, na który reakcją jest agresja jako forma obrony. Oj, jestem psychologiem już :-)
Bycie lekarzem to z drugiej strony jedna z naszych narodowych cech ;-)
Wyobrażasz sobie szczęśliwego człowieka , który poniża świadomie innych? Ja nie!
Mowisz o dyskusji o polskim jazzie czy dwugłosie?
Mowie ogólnie o kondycji ludzi. Saązę, że nie jest ani lepiej, ani gorzej wśród aktorów, prawników, sędziów, piłkarzy...Chodzi o pracę nad sobą, szukanie rozwoju, a nie dostrzeganie całego zła u innych. Znów klasyk: "źdźbło w oku bliźniego widzisz, a belki w swoim nie dostrzegasz.". Boże teraz jestem mistykiem!
A to już nie jest tak bardzo polska cecha?
Nie znam tak dobrze innych nacji, pewnie tak, ale ile jeszcze czasu naszym alibi ma być stwierdzenie - wiesz, to cecha Polaków! To do nikąd nie prowadzi. Ja wole prof. Kołakowskiego.
Wszyscy dyskutujący mogą się mylić, sam prof. Kołakowski także błądził.
Wybacz , ale nie zgodzę się na takie porównanie. Błądzenie a intryganctwo to dwa różne światy. Idąc tym tropem, Hitler tez błądził. Nie wchodzę w to!
To już demagogia trochę, w to z kolei ja nie wchodzę. Zostawmy może te sprawy. W jakiś sposób wróćmy do muzyki choć, jak sam powiedziałeś, wolisz ją grać niż o niej mówić. W jakim miejscu jest dziś Ecstasy Project, co zmieniło się przez te dziesięć lat?
Przede wszystkim po debiucie zachorował i zginął mój przyjaciel i wspaniały gitarzysta Tomek "Świety" Hesse, z którym założyłem Ecstasy Project. Muzykę na drugi album, "Realium", napisałem jeszcze na kwartet z nim, ale Tomek już nie zagrał na płycie. Stąd Ecstasy Project Trio, ze skrzypkiem tylko. Nie widziałem tu innego gitarzysty. Stąd też sądzę dość oryginalne brzmienie tego albumu. Potem przed trzecią płytą, wiedziałem, że muszę zmienić tok myślenia i instrumentarium. Tomek już nie żył, a ja słuchałem więcej współczesnej kameralistyki niż jazzu, ECM, mojego Gateway.... i tak powstały "Europae" i "Reminiscence Europae". No i teraz jesteśmy przy "They were P".
Czyli gdzie?
Czułem, że to ważna płyta dla mnie. Pierwsza w całości zrobiona po ciężkich trzech latach, z czterdziestką niemal na karku. Może jednak właśnie jest to jakieś podsumowanie! Pierwsza, po rozpoczęciu terapii. Jestem z niej bardzo zadowolony, dumny. Choć nie udało się zaprosić elektronika, klarnetu basowego, ale to będzie na kolejnej płycie. Już ją słyszę od jakiegoś czasu! Udało mi się też wypracować taką pozycję, że mam pełną swobodę w pracy nad Ecstasy Project i mogę skoncentrować się tu na wycinku muzyki najbliższym swoich zainteresowań, bo w Sing Sing Penelope robię to, co kiedyś lubiłem najbardziej czyli Davisa z lata 67.-72., a z Dzikim Jazzem - akustyczny kwartet jazzowy. To bardzo miła sytuacja.
Wszystkie te trzy projekty zaznaczają całą skalę Twoich zainteresowań?
Myślę, że mniej więcej tak. Gdyby mi czegoś brakowało, pewnie szukałbym tego i wcześniej czy później znalazł. Choć według mojej wcześniejszej tezy wszystko przede mną! Ale chyba wiem, czego nie będę grał.
Czego?
Rocka, punka, chociaż nigdy nie mów nigdy! Dziś słucham mało. Wolę film, malarstwo... Nie inspiruje mnie muzyka.. Inspiruje mnie.. dużo rzeczy! Choć czasem słyszę wspaniałą muzykę, ale ona już jest zagrana, skomponowana. Ale Shorter zawsze mnie kręci!!!! Shorter, Schoenberg, Szymanowski, trzech moich panów SZ. Z drugiej strony bardzo szanuję kompozytorów intelektualistów, którzy świadomie łamali zasady i rozwalali formę...Cage, Stokhausen, Lachenmann. Może to okaże się dla mnie drogą na przyszłość, na razie jednak brakuje mi na to odwagi.
Słuchając "They Were P" donoszę wrażenie, że nastąpiło na tej płycie bardzo inspirujące połączenie tego, co zapisane, zaimprowizowane, zaplanowane pod względem brzmienia, przestrzeni i barwy. Jest tu chyba także jakiś ważny moment porozumienia pomiędzy pozostałymi muzykami. Jak pracujecie nad Waszą muzyką?
To prawda, uważnie słuchałem najróżniejszych projektów łączących kameralistykę, klasykę z jazzem. Większość tych działań miało, moim zdaniem, niską wartość artystyczną... hi hi. Nieudane próby...Często czuć, że to jest siłowe i to jest dramat dla muzyki.
Powiem nieskromnie, że ja akurat czuję to bardzo dobrze i znalazłem na to pomysł, no i oczywiście muzyków. Bez tych konkretnych artystów Ecstasy Project nie mogłoby istnieć, albo byłoby dużo słabsze. To są wybitni muzycy. Paweł Nowicki gra co roku na Warszawskiej Jesieni, Tomek Pawlicki to monster fletu (pierwszy flet Opery Nova), Łukasz Górewicz - geniusz skrzypiec, takiej łatwości nie widuje się często u skrzypków, a poza tym ważne jest też, że nie ogrywają bez przerwy harmonicznego schematu 2/5/1, co w przypadku EP jest zaletą!
A co do pracy, to sam komponuję całą muzykę. Jesteśmy z czterech różnych miast, więc próby mamy rzadko. Każdy ma swoje miejsce w utworze, posiada zapis nutowy, miejsce na improwizacje i hula muzyka. Pracuję powoli i precyzyjnie nad kompozycjami dla Ecstasy Project, ale dzięki temu koledzy przychodzą trochę na gotowe :-)
Jak zresztą mogliby te 2/5/1 grać, skoro nie bardzo dajesz im w Ecstasy Project taką możliwość ;-) Masz sporo szczęścia. Znalazłeś muzyków nie przejmujących się stylistyczną przynależnością do konkretnego gatunku. Jak ich szukałeś?
Mam kupę szczęścia! Gwarantuję ci, że są muzycy, którzy wszędzie 2/5/1 wepchną :-) nawet w Ecstasy Project by im się udało! Gdzie ich znalazłem? Łukasz Górewicz nagrał z zespołem 3 Metry i Tymonem płytę w Szczecinie w połowie lat 90. Rychu to puścił i wiedziałem, że muszę z nim grać i nagraliśmy płytę , która nigdy nie wyszła, a szkoda (3 Metry i duńscy eksperymentatorzy), no ale do Ecstasy Project go zaprosiłem. Tomek Pawlicki, to historia już z Maestro Trytony Tomka Gwincińskiego, z którym obaj nagraliśmy dwie płyty. Paweł Nowicki, aha - słyszałem go z Pink Freud/ kiedy Wojtek i Kuba dowalali do pieca, a on grał cichutko bardzo frapujące frazy! I w końcu Paweł Urowski, grał na pierwszej płycie z Contemporary Noise Sextet, solidny basista, wirtuoz. Takiego szukałem! Głupi ma szczęście!
No chyba nie taki głupi, pamiętasz początek naszej rozmowy?
Niee
Tak, czy inaczej, szczęście się przydaje, czasem bardzo, a ja mam farta trochę.
Jest płyta, skądinąd świetna. Idą za nią koncerty?
Dziękuję! Wiesz, na tyle, na ile da się w dobie kryzysu i braku odbiorców muzyki dobrej a niepotrzebnej rynkowi :-) Graliśmy premierę na Jazz Jantar , od środy 16.11 do 21.11 mamy trasę po Polsce. W Warszawie 17 listopada, potem luty 2012 druga część krajowej trasy i wiosną trochę Europy.
Trochę Europy? Jak trochę?
No po prostu koncerty w Niemczech, Austrii, Słowenii, Anglii. Wiesz sądzę, że to cecha tej muzy, że Europa i USA bardziej ją docenią niż nasz kraj, choć przecież nikt nie jest prorokiem we własnym kraju :-)
To gorzkie słowa, czujesz się rozgoryczony?
Nie! Absolutnie. Wiem co robię, znam tego wartość, znam też swoje dobre i złe strony... Jest mi tylko przykro, że promuje się za granicą nie zawsze najwartościowsze projekty, a Ecstasy Project do nich należy. Kropka.
Rozmawiał: Maciej Karłowski
11)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - They were P"
(22.11.2011) Gazeta Wyborcza
Przed kilkoma laty, recenzując jeden z poprzednich poznańskich koncertów zespołu, pisaliśmy na naszych łamach: "Spotkanie z muzyką Ecstasy Project to dla słuchacza bardzo interesujące doświadczenie. Mnóstwo tu przestrzeni, grania ciszą, subtelnymi współbrzmieniami, w których europejski jazz spotyka się z kameralistyką. Każdy z instrumentalistów ma przy tym sporo do powiedzenia we wspólnym dialogu. To sprawia, że ich granie ani na chwilę nie nuży, że chce się go słuchać". Najnowszy krążek potwierdza wszystkie zalety zespołu i znów budzi niekłamany zachwyt. To 12 własnych kompozycji współtworzących jeden z najciekawszych polskich albumów ostatnich miesięcy. O Gorzyckim i jego zespole pisywano, że nawiązuje do estetyki spod znaku monachijskiej wytwórni ECM, będąc jednocześnie swoistą kontynuacją najlepszych dokonań polskiej sceny yassowej.
Ecstasy Project zdaje się być kontynuatorem najświetniejszych koncepcji zespołu Maestro Trytony. Nie przypadkiem zapewne, gdyż większość członków Ecstasy (ze szczególnym uwzględnieniem Gorzyckiego) współtworzyła przed laty niezapomniane płyty Maestro Trytonów (na ich czele stał Tomasz Gwinciński). Dziś muzycy w swoim w pełni autorskim projekcie prezentują fantastyczną i porywająca twórczość, w której współczesna kameralistyka spotyka się z jazzem i swoiście rozumianym minimalem.
Akustyczne instrumentarium określa brzmienie zespołu, zaś wyobraźnia i twórczy temperament artystów dodają mu barw i charakteru.
Ecstasy Project powstał w 1988 r. Gorzycki założył go, jak ktoś swego czasu napisał, "zniecierpliwiony stagnacją na rynku jazzowo-yassowym, pewną nudą i powtarzalnością oferowanych projektów". Sam lider grupy dodawał wówczas, w początku działalności Ecstasy: "Stworzyłem dla siebie taki obszar, który wolny jest od agresywności, nieprzewidywalności, zapragnąłem grać muzykę bardziej melancholijną, kontemplacyjną". Wszystko to aktualne jest także dziś. Z tą jedna uwagą, że zbierane przez te wszystkie lata doświadczenia owocują jeszcze lepszym brzmieniem, ciekawszymi kompozycjami, bardziej otwartą stylistyką.
Przypomnijmy, że Gorzycki jest też założycielem i liderem innego fascynującego zespołu - Sing Sing Penelope.
Autor recenzji: Tomasz Janas
11)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - They were P"
(21.11.2011) Uważam Rze
Po leniwej stronie ciszy!
Jubileuszowa płyta bydgoskiego Ecstasy Project to najlepsza rzecz , jaką projekt Rafała Gorzyckiego dostarczył na przestrzeni ostatniej dekady.
Zespół był z założenia odskocznią od działań bardziej awangardowych - muzycy grali spokojny, dość konwencjonalny jazz, którego siłą było bardziej wykonanie niż pomysł.
Tymczasem " They were P" przenosi nas w świat jazzu kameralnego, a często po prostu kameralistyki. Ascetyczne melodie skrzypiec, leniwie wybrzmiewające tematy fletu i pełna napięcia cisza, a wszystko to zaaranżowane z wyjątkowym smakiem.
Oby była to zapowiedź nowego oblicza Ecstasy Project.
Autor recenzji: Wojciech Lada
13)
Relacja z koncertu "Ecstasy Project - They were P" - Mózg Festival 2011
(19.11.2011) Jazzarium.pl
"Ecstasy Project to droga w harmonię i spokój, odskocznia od awangardy" tak sam Rafał Gorzycki określa swój najbardziej ułożony projekt.
Forma festiwalowa, która przewiduje dla każdego z artystów niecałą godzinę na scenie, zmusza do przemyślanego doboru utworów. W przypadku Ecstasy Project odnosiło się wrażenie, że nie poprzestali na selekcji, ale też wyliczyli miejsce na krótkie improwizacje, otarcie potu z czoła i przerwy na oklaski.
Pamiętam wspaniały występ Sing Sing Penelope będący ilustracją muzyczną do niemego szwedzkiego filmu "Skarb rodu Arne". Film z 1919 roku. W jego atmosferze przeważa poczucie przejmującego tragizmu, winy i kary, czerni i bieli - i taka też była ich muzyka.
W odróżnieniu od tamtego koncertu/projekcji wczorajszy popis przeniósł mnie raczej na deski teatru wystawiającego piękną "Lalkę". Z rozpoczęciem, szczegółową charakterystyką postaci i krajobrazu, naświetleniem sytuacji politycznej i kulturowej, płynnym przejściem do szczytowej najgłośniejszej fazy (tętent koni, nawarstwienie wątków, Łęcka to zła kobieta, Wokulski kładzie się na tory) i powolny spadek napięcia.
Wszystko zagrane jak trzeba: czysto, równo, w punkt, konsekwentnie, bez fikołków i niespodziewanych zwrotów akcji.
Dopiero w ostatnim utworze widzimy greckie tragedie. Ale takie, w których krew nie przelewa się przez ekran i nie bryzgają jelita uśmiercanych bohaterów. Jest za to wspaniała gra aktorska, improwizacja, trupy ścielą się gęsto, ale nie budzą obrzydzenia i są podekscytowani widzowie krzyczący do aktorów.
I to właśnie było dziesięć minut, na które czekała głodna przytupu publiczność.
Na szczególną uwagę zasługuje założyciel formacji - Rafał Gorzycki. Miałam okazję spróbować różnych projektów perkusisty i mimo tego, że często nie widać go wiele ponad bujną czuprynę znad bębnów, to wydaje się być idealnym liderem, szarą eminencją, który spaja nawet pozornie niepasujące elementy; daje dużo wolności solistom, podąża za nami, ale i pilnuje.
Tej wolności nie wykorzystał Paweł Nowicki. Świadomość wibrafonu w każdym muzycznym składzie sprawia, że chciałabym wyrywać kartki z kalendarza trzy razy dziennie, jeśli to faktycznie przybliżyłoby mnie do terminu koncertu. To zawsze stawia muzyka na nieco straconej pozycji z racji oczekiwań i wyobrażeń. Zatem albo te oczekiwania są powodem mojego zawodu albo grał bezbarwnie albo amplituda jego dynamiki była nieprzekonywująca. Albo wszystko naraz.
I jeszcze o flecie. Na przekór logice najsubtelniejszy z instrumentów zdominował scenę. Nie wiem, czy Rafał zaprosił do współpracy wybitnego Tomasza Pawlickiego, bo koncepcją była zrównoważona dynamicznie muzyka, czy odwrotnie - trzeba było dostosować się do fletu. Nie ubliżając umiejętnościom koncertmistrza, marzyłam by na estradzie pojawił się Anthony Braxton i wylał trochę brudnej farby, wniósł błoto na butach, przydepnął fruwające kwity.
Jakkolwiek doceniam piękną harmonijną muzykę Ecstasy Project, to wolę bardziej rozbujane projekty Rafała Gorzyckiego - przebieram nóżkami w oczekiwaniu na Dziki Jazz.
Autor recenzji: Karola Kowalska
14)
Recenzja albumu "Sing Sing Penelope & DJ Strangefruit - Electrogride"
(07.09.2010) POPUP - (link)
W kwietniu odbyć miała się trasa Sing Sing Penelope w towarzystwie Sebastiana Gruchota i norweskiego muzyka Pala Nyhusa (znanego jako DJ Strangefruit), w ramach projektu "Elektrozgrzyt", realizowanego przez muzyków finansowanego przez tzw. Norway Grants. Jednak katastrofa smoleńska i żałoba, jaka po niej nastąpiła pokrzyżowała koncertowe plany. W miejsce trasy otrzymujemy płytę zatytułowaną Electrogride (dostępną nieodpłatnie w klubach, gdzie miały odbyć się koncerty lub na stronie Sing Sing Penelope), która, jak donosi okładka, została nagrana w hołdzie ofiarom tragicznych wydarzeń z kwietnia 2010. roku. Idąc tym tropem, nie dziwią rozpoczynające ją, tworzone za pomocą elektroniki Dja Strangefruit dźwięki przypominające odlatujący samolot czy powiewy wiatru (te motywy wracają w trakcie trwania płyty), a towarzyszy im deklamowany przez Daniela Mackiewicza egzystencjalny monolog, łkania trąbki oraz perkusjonalia. Kompozycja jest bardzo minimalistyczna, jak zresztą na całej, oszczędnej w środkach, a bogatej w emocje płycie.
Pośród sześciu części Elektrozgrzytu znajdziemy dwa utwory skomponowane w okrojonym składzie. W części drugiej Gorzycki przechodzi samego siebie, tworząc rytmy za pomocą kilku pałeczek perkusyjnych, drewnianych perkusjonaliów oraz penetrację membran zestawu, a wtóruje mu Sebastian Gruchot, loopujący i modyfikujący zelektryfikowane melodie wygrywane piórkiem na skrzypcach. W bardzo transowym utworze czwartym ponownie słyszymy przetworzone skrzypce, jednak tym razem Gruchot gra na nich smyczkiem, tworząc melodie przejmujące, głębokie, wręcz funeralne. Towarzyszy im gra na tablach Mackiewicza, który zdaje się być cichym bohaterem-mutiinstrumentalistą opisywanego albumu.
Pozostałe kompozycje są - jak mniemam - zadumą nad przemijaniem, a wykorzystywanymi środkami są przede wszystkim: minimalizm, arytmiczność, ambient i sonorystyka, emocjonalnie zaś: groza, tajemnica, zagubienie, smutek, przerażenie i wreszcie nadzieja. Cały album jest refleksją będącą wynikiem traumatycznych przeżyć, którym jest dedykowany, a poszczególne jego części emocjonalnie i formalnie wynikają same z siebie. Utwory kończące Electrogride przynoszą ukojenie, zapomnienie i religijny trans, co zostało osiągnięte poprzez repetycje motywów wygrywanych na wszystkich instrumentach, wystukiwanie rytmów na drewnianych perkusjonaliach, "dalekowschodni" sposób zadęcia w instrumenty dęte oraz sample muzyki etnicznej z tego regionu.
Electrogride jest kolejną rewelacyjną, choć - ze względu na okoliczności nagrania i gości - jakże różną od wcześniejszych propozycji płytą Sing Sing Penelope. Cały album zdaje się tym razem podążać w kierunku elektronicznej muzyki współczesnej, niż - jak na poprzednich płytach - nowoczesnej, oryginalnej, eklektycznej muzyki improwizowanej. Tym samym SSP ugruntowało swoją pozycję na europejskiej scenie jazzu i improwizacji. Autor recenzji: Łukasz Folda
8)
Recenzja albumu i koncertu "Pater, Kamiński, Urowski, Gorzycki - Dziki Jazz"
(12.02.2010) MM.SILESIA - (link do artykułu, zdjęć i klipu)
"Dziki Jazz" to nazwa najnowszego projektu tworzonego m.in. przez Rafała Gorzyckiego. Tytuł wydanej w październiku 2009 roku płyty, to jedynie oczko puszczone w stronę słuchacza. Blef, którego, zdecydowanie, warto posłuchać
Stroniąc od właściwej jazzowym krytykom muzycznym nomenklatury warto sięgnąć po płytę "Dziki Jazz", po to, by przekonać się, że na co dzień zajęci zupełnie innymi przedsięwzięciami młodzi artyści są w stanie stworzyć muzykę nietuzinkową, ale i przyjazną odbiorcy.
Moglibyśmy skupić swoją uwagę na analizie "post-yassowych" trendów na polskiej scenie jazzowej, podywagować o "nowym tchnieniu", porównać "Dziki Jazz" do wcześniejszych dokonań jego autorów lub po prostu wysmarować tłuściutką recenzję, pełną zachwytów lub gorzkiej krytyki. Nie, zdecydowanie nie o to chodzi, gdy spoglądamy na płytę, której okładkę zdobi kot lub świnia albo jeszcze coś...
Rafał Gorzycki (perkusja), Aleksander Kamiński (saksofony), Kamil Pater (gitara) i Paweł Urowski (kontrabas) zdecydowanie wymykają się definicjom i utartym schematom. Z drugiej jednak strony, nie gonią za możliwie najdziwniejszym eksperymentem. Ich muzyczny wyraz to emocje, które potrafią przenieść z rzeczywistości do muzyki.
Tak jest m.in. w utworze "The War", który, gdyby podzielić go w odpowiednich miejscach, mógłby spokojnie przetrwać, jako trzy odrębne dzieła.
Zaryzykuję, choć to pewnie oczywiste, że muzyka czterech, na co dzień bardzo zajętych innymi projektami panów, mogłaby posłużyć, jako ilustracja do filmu. A skoro tak, to także do życia. I właśnie w tym odkrywamy pełną wartość albumu "Dziki Jazz". On po prostu pasuje do naszego nastroju. Jest uniwersalny, ale do banału raczej mu nie spieszno.
I, co wydaje się być najważniejszym, z płyty płynie przesłanie. Ucieczka od głównego nurtu jazzu nie musi być spektaklem obliczonym na rewolucyjne wyczyny! Tego, przez wielu współczesnych muzyków, wzgardzonego mainstreamu, jak pokazują autorzy "Dzikiego Jazzu", nie należy się obawiać! A jeśli komuś to nie odpowiada, to niech posłucha tej płyty lub wybierze się na koncert, nie myśląc, że to jazz. Tak, to zdecydowanie nie jazz. To obserwacja życia wyrażona muzyką.
Koncertu, który to udowodnił można było posłuchać w miniony czwartek w Śląskim Jazz Clubie w Gliwicach. Publiczność doceniła wysiłki artystów bardzo długą owacją...
Autor recenzji: Łukasz Malina
9)
Recenzja albumu "Pater, Kamiński, Urowski, Gorzycki - Dziki Jazz"
(10.12.2009) Informacje24.co.uk
Nie myślcie sobie, że Siewie tylko siedzi na necie i wyszukuje, do czego tu się można przyczepić. O wiele częściej słucham muzyki a takiej o której za chwilę napiszę kilka słów, słucham z wyjątkową przyjemnością.
Pamiętacie Fertilizer Festival w Arnolfini? Kto był, ręka do góry! Oooo, słabo coś. Ci co byli, na pewno pamiętają koncerty zespołów Sing Sing Penelope i Contemporary Noise Sextet. W skład obydwu formacji wchodził Rafał Gorzycki i to właśnie od niego otrzymałem wiadomość, że wydaje nową płytę. Rzecz jasna wymogłem na nim jej szybką wysyłkę do Bristolu i w kilka dni po premierze mogłem jej posłuchać.
Tym razem Rafał nagrał ją nie pod nazwa zespołu, ale jako kwartet Pater/Kamiński/Urowski/Gorzycki. Płyta nosi tytuł "Dziki Jazz" a wydała ją warszawska Fonografika.
Muzycy nie są tutaj przypadkowi, albowiem wcześniej wielokrotnie ich artystyczne ścieżki się krzyżowały i tak gitarzysta Kamil Pater pochodzi z Contemporary Noise Quartet, saksofonista Aleksander Kamiński grał w Sing Sing Penelope, kontrabasista Paweł Urowski grał na pierwszym albumie Contemporary Noise Quintet a o perkusiście Rafale Gorzyckim już pisałem i to on spina ten skład swoistą klamrą. Tak więc już sam skład mówił mi wiele o tym, czego się mogę spodziewać.
Od pierwszych dźwięków, płyta nosi wyraźne znamiona wydawnictw niemieckiej wytwórni ECM. Zespół krąży od Johna Abercrombi, poprzez lirykę Jana Garbarka, aż po echa skandynawskich fraz Tomasza Stańki, kiedy to nagrywał z Edwardem Vesalą. Momentami słychać piękną wymianę dźwięków pomiędzy dwoma instrumentami strunowymi (Realium), które w tym samym utworze zostają uzupełnione delikatnym saksofonem i perkusją w stylu wczesnych nagrań Garbarka. Zresztą kontrabasista Urowski bardzo mi przypadł do gustu a to z tego powodu, że swoją grą przypomina mi innego polskiego basistę - Jacka Bednarka, który odszedł od nas w 1990 roku. Uważam, że to wielki zaszczyt, być porównanym do tego znakomitego polskiego muzyka i kompozytora.
Ale czym by była muzyka kwartetu, gdyby nie bagaż doświadczeń wyniesionych z bydgoskiej sceny jazzowej, skupionej wokół klubów "Mózg" i "Trytony"? Chyba jednak to piętno pozostanie w muzykach i wcale nie należy tego uważać za coś negatywnego, albowiem kluby te odegrały chyba najważniejszą rolę w budowaniu nowoczesnej sceny jazzowej w Polsce.
"Dziki jazz" to piękna płyta o stanowczych inklinacjach skandynawskich, dlatego nie zdziwiła mnie informacja, którą otrzymałem od Rafała, że zespół Sing Sing Penelope otrzymał dofinansowanie na projekt "Elektrozgrzyt - spotkania muzyków improwizujących". W projekt zaangażowani są artyści grupy Sing Sing Penelope oraz norweska gwiazda światowego formatu z kręgu muzyki improwizowanej i elektronicznej - Pal Nuhus- twórca idei "Live Electronic" i "Live Sampling". Współpracuje on jako producent i muzyk takich gwiazd jak: Nils Petter Molvaer czy Arve Henriksen.
Obecnie nagrywa albumy dla legendarnej wytwórni ECM.
Przyznam, że te nazwiska zapierają dech w piersiach i jestem pewien, że Rafał wraz z zespołem wykorzystają szansę, która została im dana a może nawet zakończy się to podpisaniem kontraktu z ECM, czego im z całego serca życzę.
Wracając do płyty "Dziki Jazz" muszę dodać, że słucham jej codziennie i pomimo tego, że trwa ponad 50 minut, po jej zakończeniu zawsze odczuwam niedosyt. Jednak odkładam ją na półkę, żeby sięgnąć po nią następnego dnia. I tak w kółko od ponad miesiąca! Słuchałem jej już ponad trzydzieści razy i za każdym razem jest coraz piękniejsza. Brawo Panowie jazzmani, oby więcej takich płyt pojawiało się na naszym skromnym jazzowym rynku!
Autor recenzji: Artur Sienkiewicz
8)
Recenzja albumu "Pater, Kamiński, Urowski, Gorzycki - Dziki Jazz"
(01.11.2009) Diapazon
Ten projekt, jak i wiele innych, to potwierdzenie dużej artystycznej mobilności polskich muzyków sceny jazzowej, otwartości na wymianę wzajemnych doświadczeń i poszerzania kultury improwizacji. To kolejny wartościowy element tej całej fascynującej mozaiki brzmień, jaką tworzą artyści, dla których mainstream sam w sobie raczej nie jest inspiracją. W tym przypadku czterech rozpoznawalnych twórców związanych m.in. z Contemporary Noise Sextet, Sing Sing Penelope czy Ecstasy Project zaszyło się na kilka dni w Szubinie, gdzie w tym jakże krótkim czasie ujarzmiali "Dziki jazz". A było to możliwe, bo pomocną dłoń wyciągnęli do nich bracia Kapsa, którzy udostępnili tamtejsze studio nagraniowe.
Skoro wspomnieliśmy o ujarzmianiu, to trzeba powiedzieć, że takie zabiegi musiały mieć miejsce. Przede wszystkim dlatego, że tytuł płyty nie przystaje do zawartości, a momentami, jak w przypadku otwierającego "The War " stanowi jego przeciwieństwo. Dominuje raczej stosunkowo konwencjonalne brzmienie; melancholijne frazy wygrywane na saksofonie przez Aleksandra Kamińskiego, wzbogacone przejrzystymi w swojej prostocie gitarowymi zagrywkami w wykonaniu Kamila Patera, raczej odcinają się od opartej na luźnych formach, kombinacyjnej gry kolegów po fachu. Nieco zachowawcze podejście w budowaniu kompozycyjnego napięcia, zakłócają perkusyjne kanonady Rafała Gorzyckiego, ale są aplikowane w rozsądnych dawkach i z zachowaniem odpowiedniej powściągliwości. Doskonale to słychać we wspominanym "The War ", które dzięki takim właśnie magicznym sztuczkom nie musi być postrzegane tylko i wyłącznie jako muzyka ilustracyjna sprzyjająca refleksjom. Z drugiej strony dużym plusem "Dzikiego jazzu " jest właśnie ta względna przystępność. To rzecz, która może się sprawdzić jako wstęp do poznawania ważniejszych, ale trudniejszych w odbiorze zjawisk sceny, umownie zwanej post-yassową. Spragnieni większego, około-jazzowego szaleństwa - również nie są na straconej pozycji. Być może znajdą je w większych ilościach na wspólnej płycie Wojtka Jachny i Jacka Buhla. Sprawdzić nie zaszkodzi - do czego zresztą zachęcamy.
Autor recenzji: Piotr Wojdat
10)
Recenzja albumu "Pater, Kamiński, Urowski, Gorzycki - Dziki Jazz"
(22.10.2009) Przekrój
Mnogość okołojazzowych projektów funkcjonujących na krajowym rynku robi wrażnie. Grunt dla nich stworzyła rozpoczęta 2 dekady temu yassowca rewolucja. Dziś nikt już nie mówi o yassie - współcześni młodzi improwizatorzy nie potrzebują etykietek, nie muszą jednoczyć się pod wspólnym szyldem w kampanii przeciw jazzowej konserwie. W swobodny, pozbawiony ideologicznego zacięcia sposób grają swoja muzykę. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie estetyczna wolność wywalczona przez yass... Autorzy "Dzikiego Jazzu" częściowo związani są z drugim ważnym ośrodkiem yassu - Bydgoszczą. Na co dzień grają oni w formacjach Sing Sing Penelope i Contemporary Noise Quintet / Sextet. Tytuł album jest przewrotny - niewiele to dzikości. Muzycy z dużą klasą czerpią z nostalgicznych wątków nowojorskiej sceny downtown - melancholijnego realizmu magicznego w duchu dokonań gitarzysty Billa Frisella czy balansującego na pograniczu postrocka i poetyckiego, nieco filmowego jazzu AlasNoAxis Jima Blacka, ale też europejskiego liryzmu spod znaku wytwórni ECM.
Autor recenzji: Łukasz Iwasiński (5 gwiazdek)
10)
Wywiad z Rafałem Gorzyckim - "Pater, Kamiński, Urowski, Gorzycki - Dziki Jazz"
(01.10.2009) Gazeta Wyborcza
Marta Krygier: - Po ponad rocznej współpracy razem z Kamilem Paterem, Aleksandrem Kamińskim i Pawłem Urowskim nagrałeś album "Dziki jazz". Czy ten tytuł oznacza, że mamy spodziewać się samych awangardowych i eksperymentalnych brzmień?
- Aż takiej rewolucji nie będzie. Krążek nazwaliśmy trochę przekornie. Nazwa wzięła się od tytułu jednego z naszych utworów, który wyjątkowo na tej płycie naprawdę jest dziki. Tak nam się spodobał, że uznaliśmy, iż dobrze się sprzeda. Można powiedzieć, że to chwyt marketingowy, który ma zaintrygować słuchacza.
Czyli mniej awangardy na rzecz klasycznego brzmienia?
- Tak. Przyznam, że bardzo stęskniłem się za takim klasycznym brzmieniem. Dawno nie nagrałem żadnej płyty mainstreamowej. Chodziły mi już różne pomysły po głowie, ale brak mi ostatnio czasu. Dlatego ucieszyłem się, kiedy zadzwonili do mnie Kamil i Olek - mózgi tego projektu. Mimo klasyczności nie zabrakło tu eksperymentu.
A co za tym idzie zróżnicowane nastroje.
- To prawda. Jest dużo spokojnych, wręcz melancholijnych kawałków takich jak "Polish Mountains". Jest też więcej dynamicznych, bardziej zróżnicowanych, takich jak "Shots on Missisipi" czy "The War". Ten ostatni utwór to wręcz epicka opowieść śledząca kolejne etapy konfliktu zbrojnego, od politycznych debat po pierwsze strzały, kolejne dramatyczne etapy walk i lizanie ran na koniec. Nie mieliśmy na myśli żadnego konkretnego konfliktu. Wojny mają to do siebie, że mają podobne scenariusze. My chcieliśmy oddać głównie nastrój. Dlatego na tej płycie słuchacz znajdzie wiele emocji. Jest ona trochę jak życie. Czasem jest wesoło, innym razem smutno i melancholijnie. Niekiedy jest burzliwie, potem znów - spokojnie
A czy to przypadkiem nie jest wynik różnych brzmieniowych upodobań członków waszego kwartetu? Na co dzień każdy z was tworzy w zupełnie innych jazzowych klimatach.
Każdy z nas jest trochę z innej bajki i na pewno miało to wpływ na efekt prac. Olek Kamiński, nasz saksofonista skończył Akademię Muzyczną jako klarnecista. W jazzie najbardziej lubi nowoczesny mainstream. Jednak dzięki systematycznej współpracy z Sing Sing Penelope i Contemporary Noise Sextet daje się skutecznie zafascynować klimatami nieco bardziej awangardowymi i freejazzowymi. Z kolei gitarzysta, Kamil Pater, znany słuchaczom głównie z projektów Contemporary Noise Sextet, grał nawet rocka i pop. Paweł Urowski ma najbardziej mainstreamowe zacięcie. Jego kontrabas usłyszycie na płytach B.U.M. Trio, Soul Essense, Ecstasy Project, i Contemporary Noise Quintet. Z całego naszego kwartetu najbardziej niestandardowy i awangardowy chyba jestem ja.
Podobno z nowym materiałem wybieracie się aż do Indii.
Tak, a to za sprawą Instytutu Adama Mickiewicza. Bardzo nas cieszy, że Instytut zaproponował nam udział w tym projekcie, że naszej muzyki chcą posłuchać ludzie, gdzieś z drugiego końca świata. Przy okazji to dla nas szansa, by zobaczyć ten wspaniały kraj. Szykują się więc nam jeszcze w tym roku swego rodzaju wakacje.
Macie też zaplanowanych sporo koncertów w kraju.
Mamy sporo zaproszeń między innymi do Torunia, Warszawy, Łodzi i Krakowa. Na pewno zagramy też w Bydgoszczy.
10)
Recenzja albumu "Rafal Gorzycki - Trio Poems"
(15.08.2009) Art Papier
Rafała Gorzyckiego fani jazzu kojarzą przede wszystkim jako perkusistę grupy Sing Sing Penelope. Jego autorska twórczość znacznie przekracza jednak ramy będącego domeną tej formacji fusion. Jako lider Ecstasy Project penetruje z powodzeniem obszary współczesnej kameralistyki. Nowy projekt, Trio Poems, przynosi pierwsze na jego artystycznej ścieżce utwory z tekstem (konkretnie - słowiańską poezją pięknie zaśpiewaną przez Krzysztofa Nowińskiego), zilustrowane przez tkankę elektronicznych brzmień (za które odpowiada Dawid Szczęsny) uzupełnione barwową grą Gorzyckiego. Płyta daleka od egzaltacji i koturnowości, jakie często wyzierają z projektów na styku poezji i muzyki, nie popadająca w banalną nastrojowość, w swej dramaturgii bliższa jest muzyce współczesnej.
Autor recenzji: Łukasz Iwasiński
10)
Recenzja albumu "Rafal Gorzycki - Trio Poems"
(05.06.2009) Gazeta Wyborcza - Co Jest Grane
Współczesna kameralistyka? Awangarda? Elektronika? Jazz? Poezja śpiewana? O nie, tę płytę można wrzucić jedynie do szuflady z napisem "wyobraźnia Rafała Gorzyckiego". Bębniarz Sing Sing Penelope i lider Ecstasy Project odważnie połączył XIX-wieczną pieśń romantyczną, XX-wieczną poezję Brodskiego, Szymborskiej i Jesienina oraz XXI-wieczną elektronikę. Przybrudzone, wysmakowane i mocno mollowe płaszczyzny wyczarowane przez Dawida Szczęsnego doskonale spajają perkusjonalia (zestaw, wibrafon) Gorzyckiego z głosem Krzysztofa Nowińskiego; wokalisty śpiewającego zarazem klasycznie, jazzowo i piosenkowo, świetnie radzącego sobie z ciągłymi skokami, jakie zaplanował szef tria. Oryginalność jest wielką zaletą "Trio Poems". Ale wcale nie największą. Niewesoła, mocno refleksyjna, chwilami mroczna muzyka, choć pozornie spokojna, spokoju nie przynosi. Poruszająca rzecz.
Autor recenzji: Jędrzej Słodkowski
11)
Recenzja albumu "Rafal Gorzycki - Trio Poems"
(07.05.2009) Gazeta Wyborcza
Perkusista i kompozytor Rafal Gorzycki po znakomitych próbach z formacjami Sing Sing Penelope i Ecstasy Project proponuje podróż w krainę XX-wiecznej poezji połączonej z muzyką elektroniczną i akustycznym brzmieniem perkusji. "Trio Poems" skomponowane zostało m.in. do tekstów Brodskiego, Szymborskiej, Jesienina. Krzysztok Nowiński ich nie śpiewa, tylko melorecytuje. Efekt ma zadziwiający klimat. Plus znakomita warstwa elektroniczna (na syntezatorach modularnych gra Dawid Szczesny) i bogata brzmieniowo perkusja. Genialne!
Autor recenzji: Tomasz Handzlik
10)
Wywiad z Rafałem Gorzyckim " Trio Poems - Między jazzem a filharmonią"
(15.04.2009) Gazeta Wyborcza
Perkusja, elektronika, głos, poezja. Inspiracje? Pieśni romantyczne i XX-wieczna kameralistyka. Rafał Gorzycki, jeden z najciekawszych muzyków sceny yassowej, zaskakuje albumem "Trio Poems".
Jędrzej Słodkowski: Na jakiej półce sprzedawcy stawiają tę płytę? Jazz? Muzyka klasyczna? Eksperymenty?
Rafał Gorzycki: Różnie. Odwiedzałem ostatnio sklepy internetowe. W jednym zobaczyłem "Trio Poems" w klasyce i awangardzie, w innym - w jazzie, a gdzieś jeszcze w muzyce elektronicznej.
A poezja śpiewana?
- Bogu dzięki, nic o tym nie wiem.
Przeczytałem, że impulsem do napisania muzyki do wierszy Wisławy Szymborskiej, Sergiusza Jesienina i Mirona Białoszewskiego nie był wcale zachwyt ich poezją, jak można by się spodziewać.
- Chciałem spełnić dojrzewające we mnie od kilku lat marzenie, by nagrać muzykę z ludzkim głosem. Słuchałem dużo klasycznej muzyki wokalnej: dzieł Weberna czy dawniejszych kompozytorów, choćby Schumanna. Czułem w niej niesamowity pokład emocji i energii, która jest nieosiągalna dla muzyki instrumentalnej. Potrzebowałem tekstów. Nie jestem specjalistą od poezji, wiedziałem, że muszę wykorzystać pewniaki. W ciągu wakacji przewertowałem dziesiątki tomików. Po selekcji zostało siedem utworów. Z wyjątkiem Jesienina zostały wiersze XX-wiecznych poetów polskich. Okazało się też, że wszystkie mówią raczej o śmierci i przemijaniu niż o miłości. Gdy już miałem teksty, rozpocząłem pisanie muzyki.
Z siedmiu wierszy zrobiły się cztery. Ale w utworach instrumentalnych poezja nie znika do końca. Mamy to? "tribute'y" dla Brodskiego, Wojaczka i Różewicza.
- Nie byliśmy zadowoleni z recytacji "Pieśni na powitanie" Brodskiego i wyrzuciliśmy wokal podczas miksów. "Na jednym rymie" Wojaczka wykonujemy z głosem tylko na żywo, na płycie nie kleiło się nam to formalnie. A wiersz Różewicza "Zabiegi" był bardzo długi i już na pierwszych próbach stwierdziliśmy, że potraktujemy kompozycję jako hołd dla Różewicza, muzycznie oddając klimat tego wiersza.
Kim jest Krzysztof Nowiński? Ciekawie śpiewa - niby klasycznie, ale z jazzowym zacięciem i chwilami piosenkowym luzem.
- Poznałem go przez przypadek. Mój najbliższy przyjaciel opowiadał mi wiele razy o koledze z Warszawy, wokaliście o ciekawiej barwie, interesującym się klasyką i world music. Słuchałem jego nagrań, ale do czasu pojawienia się pomysłu na "Trio Poems" puszczałem je mimo uszu. Tu Krzysztof okazał się idealnym kandydatem. Nie ma jazzowych manier, jest doświadczony i znakomity technicznie. Początkujący wokalista nie poradziłby sobie z dość skomplikowanymi partiami.
Muzyka na "Trio Poems" jest mroczna, smutna, z gorzką nutą. Czy ten klimat to głównie zasługa elektroniki Dawida Szczęsnego?
- Pół na pół. Zauważyłem, że nie potrafię pisać wesołych kompozycji. A Dawid? Już po jego debiutanckiej płycie było widać, że także jest twórcą o lirycznym, nostalgicznym wnętrzu. Szukałem spoiwa między perkusją a głosem. Nie chciałem, by był to fortepian, który zdradzałby zbyt jawnie inspiracje pieśniami romantycznymi. I kiedy usłyszałem album Dawida wydany przez Monotype Records [wydawca płyt Sing Sing Penelope i Ecstasy Project - przyp. red.], zaświeciło mi się zielone światełko z wielkim napisem "eureka!". To była ta przestrzeń, to brzmienie, którego szukałem jako spoiwa dla tria.
Twój starszy kolega Tomasz Gwinciński, jeden z filarów bydgoskiego yassu, w ostatnich latach mocno zwrócił się w stronę współczesnej kameralistyki. Czy to przypadek, że też podążasz w tym samym kierunku?
- Tomek jest moim starszym kolegą, wprowadzał mnie w arkana muzyki improwizowanej, kiedy grałem w jego zespole Maestro Trytony. Zawsze słuchał muzyki klasycznej, kameralnej. Ja też, zwłaszcza w szkole muzycznej, ale to Tomek sprawił, że zacząłem ją traktować inaczej niż tylko jako muzykę do odsłuchiwania w domu czy na koncertach.
Zagracie w piątek w Galerii Manhattan. Materiał z "Trio Poems" na pewno dobrze by zabrzmiał w sali kameralnej filharmonii. Myślałeś o tym?
- Chciałbym grać w salach z dobrą akustyką, gdzie nie sprzedaje się browarów, a ludzie nie gadają. Niestety, pewnie nie jesteśmy w stanie zapełnić połowy widowni w filharmonii, a w światku muzyki klasycznej jesteśmy nieznani. Mogę tylko korzystać ze swojej marki okołojazzowej, ale na pewno z "Trio Poems" nie będziemy występować w zadymionych klubach jazzowych. Włodkowi Pawlikowi czy Leszkowi Możdżerowi udało się wskoczyć w lukę między światami jazzu i klasyki. Myślę, że mi też się uda, jeśli nie z tym, to z którymś z kolejnych projektów.
Autor wywiadu: Jędrzej Słodkowski;
11)
Recenzja albumu "Rafal Gorzycki - Trio Poems"
(09.04.2009) Dziennik Polski
Nowy projekt Rafała Gorzyckiego, perkusisty Sing Sing Penelope i Ecstasy Project poświęcony jest wybitnym poetom XX wieku - Brodskiemu, Wojaczkowi, Jesieninowi, Różewiczowi, Białoszewskiemu i Szymborskiej. Wiersze czterech z nich recytuje wokalista Krzysztof Nowiński - robi to jednak w sposób nietypowy, odważnie balansując między intymnym szeptem a zdławionym krzykiem. Doskonale pasuje to do wolno płynącej muzyki, której główne akcenty rozkładają się na jazzowe wariacje perkusyjne Orzyckiego, abstrakcyjną elektronikę Dawida Szczęsnego i klasyczne tony altówka gościnnie występującego tu Rafała Zalecha. Choć brak tu gwałtowniejszych wybuchów ekspresji, czuje się w tych dźwiękach podskórne napięcie - takie samo, jak w towarzyszącej jej poezji.
Autor recenzji: Paweł Gzyl; ocena: 5 gwiazdek ( na 6 możliwych)
12)
Recenzja albumu "Rafal Gorzycki - Trio Poems"
(02.04.2009) Gazeta Wyborcza
"Trio poems" to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom. Niecodzienne połączenie poezji najwybitniejszych osobowości literatury XX wieku z doskonałą muzyką i niezwykłym nastrojem czynią z niej jedno z najbardziej oryginalnych zjawisk współczesnej muzyki.
to nie jest łatwy krążek, ale jeśli już ktoś się przekona, będzie często do niego wracał. Kto słuchał kiedykolwiek którejś z płyt Rafała Gorzyckiego, ten wie, że jego muzyka przeznaczona jest dla słuchacza cierpliwego i nie tyle uważnego, co dociekliwego. Tym razem jest podobnie.
"Trio poems" to przemyślane kompozycje budowane z niezwykłym pietyzmem. Brzmienie jest trochę mroczne, niepokojące dźwięki perkusji wyłaniają się jakby z cienia. Elektronika tworzy przestrzeń pełną tajemnicy, a w połączeniu z melodią wiolonczeli nadaje kolejnym utworom odrobinę melancholii. Z każdą nutą słuchacz powoli zapada się w niezwykłym muzycznym świecie, pełnym rozedrganych emocji. Skąd tak sugestywne brzmienie? Na nowej płycie Gorzycki składa hołd dwudziestowiecznym poetom. Na szczęście unika stylistyki poezji śpiewanej, gdzie często dominuje słowo, a muzyka jest tłem. W tego typu utworach rzadko spotyka się blisko 10-minutowe kompozycje do utworu, który w całości prezentuje się dokładnie tak: "Ta ma chatę./Ta ma wóz./Tej zięć na Antarktydzie./ Mnie w miejscu idzie.". Mimo obecności wokalu to muzyka recytuje wiersz, odkrywa jego nastrój, interpretuje. Nie znaczy to, że wokal jest bez znaczenia. To melorecytacja, bardzo specyficzna. Od dźwięków niskich do wysokich, w jednym wyśpiewanym zdaniu potrafią znaleźć się falsety, basy, nuty czyste i łagodne, które nagle przeradzają się w kakofoniczne gardłowe sylaby, melodyjne wokalizy i słowa jakby wyciskane z krtani tłoczonym ciężko z płuc powietrzem. Rzecz do wykonania tylko dla bardzo dobrego wokalisty, którym na szczęście okazał się śpiewający na płycie Krzysztof Nowiński.
Uzyskany przez muzyków efekt może wielu słuchaczy drażnić i z pewnością wielu uzna to za chaos nie do wysłuchania, ale w tym dźwiękowym zamęcie jest logika, trzeba tylko zadać sobie czas, aby ją odkryć. Słuchaczowi nie ułatwia zadania również sam dobór poezji. Gorzycki sięga po trudne utwory. Przede wszystkim w większości to wiersz wolny, bardzo trudny do zinstrumentalizowania. Poza tym to utwory naprawdę niełatwe w interpretacji. Przykładem niech będą same wiersze Szymborskiej, które znajdują się na płycie. "Wszelki Wypadek" i "Zdumienie" to krótkie zdania, często pozbawione orzeczenia, obrazy jak migawki, pojedyncze skojarzenia, natłok retorycznych pytań. Z jednej strony to przeszkoda, bo wymaga intelektualnego wysiłku, z drugiej świetna możliwość konstruowania muzycznych przestrzeni interpretacyjnych, gdzie słowo i muzyka stają się dla słuchacza bodźcem dla wyobraźni.
Za każdym razem, gdy słucha się tej płyty, odkrywa się w tych niespełna 40 minutach muzyki kolejne poetyckie obrazy. Jednak na tym nie koniec. W świecie Gorzyckiego spotykamy niezwykłe postaci. To nie tylko wielcy i uznani poeci, ale też ludzie o intrygujących życiorysach. Kim są bohaterowie tych mrocznych i niepokojących kompozycji? To Białoszewski, Różewicz, Wojaczek. Jest tu też Josif Brodski, który pracował w prosektorium i jako palacz na statku. Przez władze ZSRR został nazwany "trutniem z literackiego marginesu, chamem, niebieskim ptakiem, ideowo brudnym człowiekiem", oskarżony o pasożytnictwo i skazany na pięć lat przymusowych robót. Następnie kilkakrotnie zamykany był w szpitalach psychiatrycznych. Numerem piątym na płycie jest utwór poświęcony Siergiejowi Jesieninowi. Krzysztof Nowiński śpiewa tu "Żegnaj przyjacielu". To pożegnalny wiersz, który Jesienin napisał własną krwią, chwilę przed tym jak powiesił się na rurze grzewczej w jednym z hoteli w Leningradzie. Nawet jeśli nie zna się biografii kolejnych poetów, to i tak nastrój utworów sugeruje jakąś tajemnicę, pozwala przeczuwać niezwykłe losy poetów, którym dedykowane są kolejne numery.
W konsekwencji Gorzyckiemu udało się stworzyć płytę niecodzienną, pełną różnorakich nastrojów i emocji, niezwykle pobudzającą wyobraźnię. Rzecz do polecenia tym, którzy za każdym odsłuchaniem płyty chcą odkrywać coś nowego.
Autor recenzji: Marta Krygiel
12)
Recenzja albumu "Sing Sing Penelope + Andrzej Przybielski - Stirli People"
(03.03.2009) Jazz Forum
Muzycy zespołu Sing Sing Penelope zasłynęli jako odnowiciele fusion lat 70. Na niniejszej, koncertowej płycie, przy udziale swego starego znajomego - istnej legendy krajowej muzyki improwizowanej, postaci cieszącej się wielką estymą, ale nieco enigmatycznej - trębacza Andrzeja Przybielskiego (wspomnieć trzeba choćby jego współpracę z Helmutem Nadolskim, Czesławem Niemenem, Tomaszem Stańką, czy artystami z nurtu yassowego, jak i bogaty dorobek w dziedzinie muzyki teatralnej) wreszcie pozbywają się piętna epigoństwa, jakie ciążyło na ich trzech poprzednich płytach, wypuszczając się na znacznie bardziej swobodne (co w żadnym wypadku nie oznacza chaotyczne, a raczej wolne od schematyzmu i jednoznacznej kategoryzacji) obszary. W efekcie otrzymaliśmy nie tylko najlepszy krążek zespołu, ale (obok "Grzybobrania" Wojtka Mazolewskiego) najbardziej interesującą krajową jazzową płytę w ostatnich miesiącach.
Miałem przyjemność uczestniczyć w koncercie w łódzkiej Jazzdze, z którego zaczerpnięta została spora część zawartej na płycie muzyki. Przyznam, że w jego kontekście zaskoczony jestem spójnością materiału. Występ, choć w wielu momentach świetny, unaocznił różnice w muzycznej wizji oraz wrażliwości członków Sing Sing Penelope i bardziej zorientowanego na absolutnie wyzwoloną ekspresję, przez to często niesubordynowanego Przybielskiego. Na albumie (duże partie materiału pochodzą z próby, która odbyła się w Jazzdze bez udziału publiczności, dzień przed wspomnianym koncertem, a część dodatkowo z występu w bydgoskim Mózgu) jednak nie ma śladu nieporozumień; co więcej - indywidualne cechy muzyków udało się przekuć w atut i zamknąć w bogatym, ale koherentnym dźwiękowym świecie.
Odnajdujemy w nim nawiązania do psychodelicznego fusion z tradycji Soft Machine, wczesnego Weather Report, jak i elektrycznego Davisa, a także free w duchu Dona Cherry`ego, w końcu bardziej współczesnych, chłodnych, minimalistycznych konstrukcji a la Supersilent. Swoisty koloryt wnoszą także zabarwione ludowo nuty, jak np. odwołujący się do muzyki góralskiej kawałek, zatytułowany - nomen omen- Góru. Nie ma tu jednak mowy o jakiejś imitacji - przytaczając powyższe nazwy pragnę jedynie wskazać pewną bazę, z której wyrasta kreacja zespołu. Zresztą wypełniająca krążek muzyka jest czymś więcej niż sumą składających się na nią elementów - sprawdza się jako integralna, doskonale skonfigurowana całość. Tematy gładko przenikają się z wolną, acz operującą bardzo wyważonymi (momentami chciałoby się rzec - ascetycznymi) środkami improwizacją. Klimat płynnie przechodzi od transowych abstrakcji, przez poetycki, ale surowy liryzm, po nieco frywolne motywy. Przy tym cały czas pozostaje skupiony. Instrumentaliści z godną podziwu dojrzałością stronią od efekciarstwa. Jednym słowem jazz - w jak najlepszym tego słowa znaczeniu - wyrafinowany; wyemancypowany, a jednak w pełni kontrolowany przez precyzyjny inkelekt.
Autor recenzji: Łukasz Iwasiński; ocena:5 gwiazdek
13)
Recenzja albumu "Sing Sing Penelope + Andrzej Przybielski - Stirli People"
(30.01.2009) Gazeta Wyborcza
Spotkanie na szczycie - trudno nazwać inaczej koncertowy album jednej z tych kilku kapel, która tchnęła u progu wieku nowe życie w scenę jazzową, oraz legendarnego trębacza, największego indywidualisty naszej awangardy. Idea współpracy z Przybielskim wydawała się szalona, bo obdarzony outsiderskim charakterem Major Andy słynie z nieprzewidywalności, która nie sprzyja zespołowej współpracy. A jednak po kilku miesiącach prób cała szóstka przyjechała z Bydgoszczy do łódzkiej Jazzgi, by zarejestrować materiał podczas koncertu. Byłem na nim i przyznam, że nie był to występ wybitny. Zespół był zestresowany rejestracją, a do nerwowej atmosfery przyczyniały się żarty i docinki Przybielskiego (basista Patryk Węcławek zszedł nawet na jakiś czas ze sceny). Tym większym zaskoczeniem jest płyta tak wyborna. W poprzednich nagraniach SSP brakowało nieco energii, która może pojawić się wyłącznie w wersji "live", zwłaszcza u boku takiej postaci jak Przybielski. W utworach opartych na jego tematach muzycy krążą uporczywie wokół charakterystycznych motywów przewodnich (w "W arce" składa się on z dwóch dźwięków!); w kompozycjach przygotowanych wspólnie na ten album odchodzą od zwartych melodii, wypływając w improwizacjach na niezmierzone przestwory elektrycznego free jazzu najwyższej próby. Ta metafora nie miałaby sensu, gdyby nie pełne, zupełnie niekoncertowe (w sensie braku jakichkolwiek niedociągnięć) brzmienie. "Stirli People" siłą rzeczy prowadzi w wyścigu o miano jazzowej płyty roku 2009 w Polsce.
Ale nie zdziwię się, jeśli do grudnia nikt jej na prowadzeniu nie zmieni.
Autor recenzji: Jędrzej Słodkowski
14)
Wywiad z Rafałem Gorzyckim - "Ecstasy Project - Reminiscence Europae"
(23.07.2008)
Gazeta Wyborcza
Ich najnowsze nagrania wysoko oceniły amerykańskie i brytyjskie media, także najpoważniejszy branżowy portal All About Jazz. - Tak jak scena skandynawska miała swoje pięć minut, tak wkrótce zrodzi się popyt na polską muzykę improwizowaną - mówi Rafał Gorzycki, lider zespołu Esctasy Project.
Ten zespół to już drugie pokolenie yassowej awangardy. W bydgoskich i warszawskich szkołach muzycy poznali tajniki klasycznego i nowoczesnego jazzu, ale od paru dobrych lat tworzą muzykę wymykającą się prostej definicji. Lata 60., freejazz, funky, jazz-rock - zespół zmieniał oblicza niczym kameleon. Dziś sięga po kompletnie odmienne inspiracje.
Najnowszy, dwupłytowy album "Reminiscence Europae" odwołuje się głównie do muzyki XX wieku. Stockhausen, Schönberg czy Cage w połączeniu z jazzową improwizacją charakteryzuje rzadko spotykaną świeżość. Na tej bazie zespół tworzy minimalistyczne suity - delikatnie malowane impresje zamiast karkołomnych improwizacji.
Zespół na nowo definiuje tradycyjne jazzowe instrumentarium.
Zwłaszcza grający na perkusji Rafał Gorzycki, który bardziej niż na pulsie i wybuchowej emocji skupia się na tworzeniu subtelnego klimatu. W budowaniu dramatyzmu i dynamiki wspierają go pozostali kapitalni muzycy: skrzypek Łukasz Gorewicz i flecista Tomasz Pawlicki oraz wibrafonista Paweł Nowicki i basista Paweł Urowski. Nagranie live dowodzi inwencji i sprawności młodych jazzmanów badających granice jazzu.
Rozmowa z Rafałem Gorzyckim - twórcą, liderem i perkusistą Ecstasy Project, a także członkiem zespołu Sing Sing Penelope
Tomasz Handzlik: Zaczynałeś od Milesa Davisa?
Rafał Gorzycki: Najpierw ze starszym bratem słuchałem The Cure, Joy Division, Dead Can Dance. Olśnienie przyszło później, kiedy przyjaciel przyniósł nam płytę "We Want Miles" i koncertowe nagranie Johna Scofielda z Jazz Jamboree. W 1989 r. pojechałem na ten festiwal i odkryłem w jazzie coś, czego wcześniej nie znalazłem w żadnej muzyce. Nieograniczoną wolność, spontaniczność oraz bogactwo brzmień, nastrojów i niewiarygodnej dla mnie wtedy ekspresji.
Zacząłem od elektrycznego jazzu, bo to pociągało mnie najbardziej, a koncert Davisa z 1983 roku po prostu rozłożył mnie na łopatki. "Miles Smiles", " Bitches Brew", "Get Up With It" - ta muzyka zawładnęła mną na parę dobrych lat.
To nie jesteś spadkobiercą muzycznego fermentu, jaki tworzyli Tymański, Możdżer, Trzaska, Mazolewski i Gwinciński?
- Mam z tym problem, bo wciąż jestem utożsamiany ze sceną yassową, mimo że była dla mnie tak samo inspirująca jak to, czego słuchałem na Jazz Jamboree, czego uczyłem się w szkołach, i wreszcie to, czego słucham dzisiaj. A muzyczne środowisko Bydgoszczy i Trójmiasta było dla mnie naturalnym natchnieniem - stamtąd pochodzę.
Yass był buntem. Ale to już przeszłość, nie ma do czego wracać. Dla mnie muzyka dzieli się dziś na dobrą i złą. A jazz jest niszą. Dlatego nie ważne, czy grasz mainstream, awangardę, swing czy fusion - wszyscy powinniśmy grać do jednej bramki.
Mówi się o was "jazzmani poszukujący".
- To szufladki. Sam powiedziałbym, że jestem muzykiem, który już się odnalazł. Jako twórca i wykonawca.
A co oznacza poszukujący?
Jest taki nurt, środowisko artystów, którzy nie chcą powielać gotowych czy wcześniej zastanych schematów. Oczywiście, nie da się uciec od dziedzictwa, kontekstu i dorobku muzyki już zagranej, skomponowanej. Ale są muzycy, którzy próbują stworzyć oryginalne, a przede wszystkim autentyczne dla siebie brzmienie. Na tym polega sedno jazzu - dążyć do własnego języka muzycznego.
Pokolenie awangardy?
- Awangarda to przeczucie przyszłości, dlatego wolałbym nie używać tego określenia. Słyszę, co grają starsi i młodsi koledzy - np. zespoły 100nka czy Pink Freud. To muzyka autentyczna i świeża. Zresztą dziś sporo mamy dobrych muzyków, którzy nie oglądają się za siebie, ale kreują własny świat dźwiękowy. I robią to znakomicie. Dlatego jestem optymistą. Tak jak scena skandynawska miała swoje pięć minut, tak wkrótce zrodzi się popyt na polską muzykę improwizowaną.
A twoje zespoły w jakim idą kierunku?
- Realizuję własne pomysły, tak aby jak najbardziej odpowiadały temu, co słyszę w swojej głowie i co noszę w sercu. Rozgraniczmy jednak dwie formacje, w których gram - Ecstasy Project i Sing Sing Penelope.
W pierwszej jestem liderem, kompozytorem i perkusistą. Tworzę muzykę, jej ideę i brzmienie, potem zapraszam muzyków z pogranicza klasyki i jazzu. Natomiast w Sing Sing Penelope gra już pięciu równoważnych artystów. Nie ma lidera, jest demokracja. I wbrew opiniom, że w sztuce nie ma dla niej miejsca, okazała się bardzo dobrym rozwiązaniem. Muzycy występują w wielu składach, również autorskich, i są dojrzali, dlatego mogą z tych pięciu światów wyzwolić jakąś nową, oryginalną jakość.
Na najnowszym albumie Ecstasy Project bliższe jest subtelnym tonom ECM-u niż szalonej, muzycznej ekstazie.
- Ekstaza to nie tylko czerwone policzki i spocone czoło. Kiedy zespół powstawał, fascynowały mnie M-Base Steve'a Colemana, muzyka elektrycznego Milesa czy późnego Coltrane'a. Oni wchodzili na scenę, a ta magia, ta ekstaza właśnie, powstawała już przy pierwszym akordzie i trwała do końca.
Dziś interesują mnie liryczny aspekt muzyki, współczesna kameralistyka oraz brzmienia akustyczne. Dlatego Sing Sing Penelope i Ecstasy Project to nie koniec moich muzycznych wizji. Mój nowy zespół Trio Poems będzie hołdem dla pieśni romantycznej, w której odkryłem nowe pokłady energii. Schubert, Schumann, a potem to, co robili Szymanowski i Webern - to dopiero wspaniała atmosfera.
Dość daleka od jazzu.
- To moja muzyka na teraz. Wpływy Milesa, ECM-u, klasyków niemieckiej i amerykańskiej awangardy XX wieku. Nie twierdzę, że to coś nowatorskiego, bo podobne rzeczy wydawał Blue Note. Ale ja nie chcę robić czegoś na siłę oryginalnego. Nie jestem awangardowcem. Raczej człowiekiem środka. I może zabrzmi to megalomańsko, ale czuję, że sam jestem dla siebie przewodnikiem.
rozmawiał: Tomasz Handzlik
14)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - Reminiscence Europae"
(12.06.2008)
Screenagers
Nieco ponad pół roku po wydaniu płyty "Europae" dostajemy powtórkę z rozrywki w postaci podwójnego albumu koncertowego zawierającego materiał nagrany podczas trasy promującej album. Ecstasy Project nie poszli jednak na łatwiznę i nowe wydawnictwo zaopatrzyli w odpowiednią ilość wartości dodanej, dzięki czemu nawet posiadacze zeszłorocznej płyty powinni zwrócić uwagę na tą publikację.
Muzyka z "Europy" dojrzewała podróżując po Europie najwyraźniej osierocona przez grającego na flecie Tomasza Pawlickiego, który pojawia się w zaledwie dwóch nagraniach, zarejestrowanych jeszcze w czerwcu ubiegłego roku. Są to jednak dwa z trzech utworów (trzecim jest opener "Reminiscence Europae"), które pierwotnie nie ukazały się na płycie. Brak flecisty wymógł przearanżowanie kompozycji z kwintetu na kwartet (perkusja, kontrabas, skrzypce, wibrafon), dzięki czemu nie ma tu prostych powtórek z albumu studyjnego.
Z tego też powodu w adaptowanych na czterech muzyków wersjach utworów pierwsze skrzypce najczęściej grają skrzypce, przejmujące również niektóre partie brakującego instrumentu. Paradoksalnie wychodzi to muzyce na dobre, czyniąc ją bardziej minimalistyczną. Wyrosłe z fascynacji europejskim jazzem oraz współczesną i awangardową muzyką klasyczną kameralne kompozycje nabierają bardziej kontemplacyjnego charakteru, co wspaniale uchwycono zwłaszcza na płycie DVD, do czego przyjdzie jeszcze wrócić. Utwory w wyważony sposób przeplatają motywy ze wspomnianych stylistyk, z tym, że o typowo jazzowy żywioł zahaczają jedynie momentami. Najbardziej ekspresyjnym momentem albumu jest solo Rafała Gorzyckiego na bębnach na początku "Adlibtitum - Allegretto rallentando". Większość z pozostałej jego części wypełnia cierpliwe budowanie atmosfery poprzez oszczędne gospodarowanie dźwiękami, chociaż nie brak również wyraźnych melodii. Dostaje u mnie małe fory również za momenty pozwalające delektować się brzmieniem wibrafonu. Z tej ogólnej charakterystyki wyłamuje się nieco "El pagedo" - najbardziej abstrakcyjny utwór w zestawie, w którym najwyraźniej ujawniają się inspiracje muzyką poważną w awangardowym wydaniu. Po konkretne nazwiska odsyłam na listę top friends na stronie MySpace zespołu.
Główną atrakcją "Reminiscence Europae" jest niewątpliwie krążek DVD z zapisem bydgoskiego koncertu w ramach festiwalu "Muzyka z Mózgu". Przyzwyczajenie do wydawnictw bijących po oczach reklamami i efekciarskimi sztuczkami daje się we znaki po włożeniu płyty do odtwarzacza, gdyż menu wręcz uderza skromnością. Nie znajdziemy też fajerwerków w postaci dźwięku przestrzennego czy dynamicznych ujęć z wielu kamer - ot bardzo proste wideo zrealizowane podstawowymi środkami. Muzyce bardzo jednak do twarzy w tym opakowaniu. Podobnie wygląda z resztą scena, na której prezentują się muzycy: oszczędna scenografia, a właściwie jej brak, jest najwłaściwszym tłem dla kompozycji Rafała. Stąd, oprócz zespołu, instrumentów i sprzętu nagłaśniającego widzimy jedynie kameralne oświetlenie.
Opis samej muzyki nie różniłby się za bardzo od uwag poczynionych na temat płyty audio. Obraz ma jednak tę przewagę, że obserwowanie artystów sprawia, że udziela się nam pasja jaką wkładają w grę. Jedyna, drobna uwaga dotyczy tylko realizacji: niech będzie, że się czepiam, ale jest nieco dziwnie słyszeć wibrafon po lewej stronie widząc go z prawej strony sceny. To jednak tylko małe niedociągnięcie i nie psuje ogólnego wrażenia, zwłaszcza, że muzyka jest bardzo dobrze zmasterowana, co w połączeniu z ascetycznym wystrojem sceny i niezauważalną publicznością sprawia, że przez pierwsze kilka chwil trzeba siłą zmuszać świadomość do przyjęcia faktu, iż ma się do czynienia z koncertem, a nie nagraniem studyjnym. Wrażenie odizolowania dobrze jest sobie spotęgować racząc się tym występem w samotności.
Przy znakomitej, wyganiającej z domu pogodzie raczej mało jest ku temu okazji, ale koncert znakomicie ogląda się po zachodzie słońca przy szklaneczce czegoś dobrego. Co też niniejszym czynię i wam polecam.
Autor recenzji: Mateusz Krawczyk
15)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - Reminiscence Europae"
(05.06.2008)
Jazz Forum
Perkusista Rafał Gorzycki wyrósł w kręgu bydgoskiego yassu. Dziś kojarzony jest przede wszystkim z odświeżającym fusion zespołem Sing Sing Penelope. Jednak to Ecstasy Project jest jego autorskim i - bez wątpienia - najbardziej osobistym projektem. Grupa istnieje już 10 lat. Na przestrzeni tego okresu przeszła szereg radykalnych transformacji stylistycznych i personalnych. Początkowo grała jazz o funkowym zacięciu, inspirowany M-Base, potem romantyzujące fusion w duchu ECM, w końcu wykonała woltę w kierunku współczesnej kameralistyki, czego owocem była, wydana raptem kilka miesięcy temu płyta "Europae". Niniejszy album przynosi muzykę zarejestrowaną live (między czerwcem 2007 a styczniem 2008 roku) na bazie tamtego materiału i w tym samym co ostatni krążek składzie (choć nie we wszystkich utworach obecny jest flecista - Tomasz Pawlicki).
Na koncercie, w kilku momentach gra Ecstasy Project znów nabiera jazzowej energii - zwłaszcza w Presto cinque, w którym dźwięki niesie subtelny, minimalistyczny, ale szalenie wciągający groove, w kulminacyjnym momencie nabierający nieco większej dynamiki. Muzyka przez cały czas pozostaje oszczędna, skupiona, cierpliwa. Artyści nie ulegają pokusie wylewności. Jej napięcie, nieco mroczny liryzm i przestrzenność doprawdy mogą się podobać. Instrumentarium grupy (obejmujące - poza sekcją rytmiczną - flet, skrzypce, wibrafon) sprzyja malarskości, lecz kolorystyka jest tu stonowana, wyważona. Kompetencje muzyków, wśród których odnajdujemy najwybitniejszych krajowych kameralistów, pozwalają na delikatne cieniowanie, cyzelowanie detali.
W trzecim utworze El pagedo zespół wkracza na bardziej wyzwolone obszary. Są przepełnione zadumą wyprawy w rejony mikrotonalności, są abstrakcyjne konstrukcje budowane z dźwiękowych drobinek czy plam albo filigranowych fraz. Na zakończenie przywołujący słowiańską nostalgię, ale przy tym całkiem rześki utwór Moderato recitando. To jednak nie wszystko - drugi dysk zawiera rejestrację wideo koncertu (bez udziału Pawlickiego) w bydgoskim Mózgu. Zrealizowany oszczędnie, acz doskonale oddający poetycki ton tej pełnej szlachetności muzyki.
Autor recenzji: Łukasz Iwasiński (4,5 gwiazdki)
16)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - Reminiscence Europae"
(23.05.2008)
Gazeta Wyborcza
Rodzima scena niepokornego jazzu zasłuchanego w muzyczną awangardę, progresywnego rocka i transowe frazy, rozkwita.
Dowodem tego najnowszy, koncertowy album formacji Ecstasy Project, autorskiego projektu perkusisty - Rafała Gorzyckiego, bodaj najbardziej zapracowanego muzyka nowej fali polskiego jazzu.
Artysta świetnie znany m.in. z Sing Sing Penelope dostarcza nam wraz z kolegami (Łukasz Górewicz - skrzypce; Pawłem Nowicki - wibrafon; Paweł Urowski - kontrabas) wraz z pojawiającym się tylko w dwóch utworach Tomaszem Pawlickim (świetna partia fletu w utrzymanym zgodnie z tytułem w metrum 5/4 "Presto Cinque"), daj nam możliwość posłuchania muzyki, w której tematy stają się pretekstem do budowanie niekończących się podróży do krainy spontanicznej, niczym nieskrępowanej improwizacji. W tej muzyce tyle samo ważna co wirtuozeria, jest wyobraźnia artystów oraz elegancka powściągliwość. Stąd wielkie brawa dla lidera, który mimo, że jako szef mógł zdominowania całości, potrafił skupić się na swobodnym budowaniu fundamentu sekcji rytmicznej, solowe zakusy ograniczając do świetnego popisu w "Adlibitum - Allegretto rallentando". Gra sekcji tworzy znakomite tło do popisów Górewicza (posłuchajcie koniecznie!) oraz pastelowych dźwiękowych igraszek wibrafonisty (Nowicki). Czy to efemeryczne "El Pagedo", z lekko onirycznymi elementami i sonorystycznymi igraszkami, czy też odwołujące się do eksperymentów z pogranicza jazzu i ... Warszawskiej Jesieni "Maestoso Non Troppo", wszystko wypada przekonująco, pokazując, że Ecstasy Project nawet za cenę nie do końca zwieńczonego sukcesem eksperymentu, woli grać swoje niż ubierać w cudze szaty. Podejmuje ryzyko i z dźwiękowych potyczek, wychodzi obronna ręką Grupa kolejny raz potwierdza, że nie przez przypadek jej nazwę wymienia się jednym tchem obok Pink Freud czy Contemporary Noise Quintet. Ale ostrzegam, to nie jest muzyka prosta, lekka i przyjemna. Te dźwięki wymagają skupienia. Na tle całej nowej jazzowej fali, propozycja najbardziej radykalna. Czasami aż chce się zadać pytania: czy to jeszcze jazz? Dwupłytowy koncertowy album składa się z CD (tu m.in. styczniowy występ w warszawskim Akwarium) i DVD zarejestrowanego w bydgoskim Mózgu.
Piotr Iwicki (Gazeta Wyborcza)
17)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - Reminiscence Europae"
(13.05.2008)
Art Rock
... Reminescence Europae to po pierwsze zapis wideo (na prawie czterdziestominutowej płycie DVD) koncertu, jaki zespół dał w listopadzie ubiegłego roku podczas III Festiwalu Muzyka z Mózgu w Teatrze Polskim w Bydgoszczy (sam Mózg to znany i sławny jazzowy klub w Bydgoszczy). Pięć kompozycji (zwłaszcza, że kompozycje te są krótsze niż na załączonej płycie audio) to oczywiście dla mnie za mało, ale lepszy rydz niż nic. Nie wiadomo bowiem, kiedy będzie można ich zobaczyć na żywo w moim mieście (choć są zapowiedzi, że już po wakacjach). Koncert jest lekko dokumentalny, dominują oszczędne światła i kamery (w zasadzie są tylko trzy), każdy utwór jest oddzielony chwilą przerwy. Doskonała, skupiona cichuteńka publiczność (zupełnie jakby jej nie było). Sama muzyka jest spokojna, wyważona, może nawet chwilami oszczędna. Ale zarówno słucha się jak i ogląda z wielką radością. Pojawić się może pytanie: A gdzie DTS? Gdzie Dolby 5.1? Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek! A ja odpowiem: Ale po co? Przecież zarówno Europae jak i jej młodsza siostra Reminescence Europae do podróż do średniowiecznej Europy. No może nie z XIV wieku, ale z XVII czy XIX jak najbardziej. Owe stereo, lekko jakby przytłumione, bez zbędnych decybeli, komponuje się idealnie z samym przesłaniem tej muzyki. Spokój, kontemplacja i oczarowanie rytmem, dźwiękiem, brzmieniem. Dzięki tej płycie możemy sobie uzmysłowić, że tak naprawdę nie ważne są rozbudowane partie menu, dodatkowe wersje dźwiękowe, dts, surround 5.1, a może 7.1, albo 9.1, karaoke czy inne udoskonalenia. Liczy się tylko Muzyka. A ta jest doskonała.
Płyta pierwsza (może od tej powinienem zacząc) to również zapis koncertowy materiału z nowej ostatniej płyty, choć jakby dwuczęściowy. Część pierwsza, na która składają się utwory: Reminiscence Europae, Maestoso Non Troppo, Adlibitum - Allegretto Rallentando, Moderato Recitando zostały zaprezentowane warszawskiej publiczności w Akwarium Jazzarium w styczniu bieżącego roku. Pierwszy utwór to jakby strojenie się orkiestry - każdy muzyk gra po swojemu, swoją część, w swoim rytmie, co pozornie stwarza obraz chaosu. Jednak jest to chaos twórczy, bo już w okolicach trzeciej minuty pojawia nam się ustrukturyzowana kompozycja. Mestoso to z mojej strony wielki ukłon dla Pawła Nowickiego - za odgrzebanie i przypomnienie słuchaczom tego niezwykłego dźwięku, jaki daje wibrafon. Instrument wydawałoby się zapomniany, ale jak pokazuje sukces laureata ubiegłorocznego Jazz nad Odrą, powracający do łask. Do tego trochę rzewnych, psychodelicznych skrzypiec i ekspresja Rafała Gorzyckiego. Nareszcie. Zawsze twierdziłem, że koncertowe wersje utworów wyciągają z muzyko to, co najlepsze. Tak jest i w tym przypadku. Rafał rozpieszcza nas perkusją, najpierw tworząc ścianę dźwięku, a potem gwałtownie przechodząc w minimalizm. Można powiedzieć maksymalny minimalizm. Prześliczne. Minimalistycznie przechodzimy do Adlibitum, gdzie mamy kilka minut sam na sam z perkusją. Dzieje się tu sporo, a co najlepsze wydaje się, że nie ma w tym bębnowaniu żadnej logiki czy rytmu - ale oczywiście tylko nam się wydaje. Nagle uderza nas ściana dźwięku. Nie polecam słuchać tej kompozycji głośno, bo nagłe przejścia i ataki z ukrycia mogą przyprawić o zawał serca. Intro trwa prawie trzy i pół minuty, a potem pojawia się smutny kontrabas, potem skrzypce i wibrafon. Przenosimy się w zaklęty świat muzyki, która nie istnieje. A nawet jeśli, jest bardzo ulotna. Moderato przypomina mi Realium. Dużo tu psychodelii, smutku i zadumy. Jednocześnie dzięki wibrafonowi dostajemy w prezencie jakieś dodatkowe, ciepłe fluidy. Choć te dziesięć minut niejednokrotnie przyprawi nas o dreszcze.
... Część druga, na która składają się utwory: Presto Cinque, El Pagedo zostały zaprezentowane publiczności zgromadzonej w czerwcu ubiegłego roku w Pałacu Ostromecko. Utwory te to (jak dla mnie) odrzuty z sesji do Europae, ale mogą też być zupełnie nowymi przed - przedpremierowymi kompozycjami. I skłaniam się do tej drugiej opcji, bowiem muzycznie i nastrojowo różnią się bardzo o europejskich podróży. Presto to najdłuższa kompozycja na tym wydawnictwie, dzięki czemu od razu wybiła się na prowadzenie. Ale poza czasem, doskonale prezentuje się samą muzyką. Jest cudownie wręcz jazzowa, z lekkim akcentem południowej Europy. Świetna linia basu i perkusji. Prym wodą skrzypce (pierwsze sześć minut) wymieniające się z fletem (druga część utworu). Może trwający aktualnie we Wrocławiu X Festiwal Kultury Żydowskiej SIMCHA przyczynił się do tego, ale jakieś klezmerskie akcenty też tu usłyszałem. Jak również art.-rockowe, dzięki bardzo drapieżnemu brzmieniu fletu. Rafał co jakiś czas wyciąga do nas pazur, aby przypomnieć, że jego rola, choć schowana z tyłu sceny, jest bardzo ważna. El Pagedo to dziwny utwór pasuje do całego studyjnego albumu, ale jednocześnie jest zbyt abstrakcyjny, czy też anty-jazzowy aby się na nim zmieścić. Najbliżej mu do progresywnych, rockowych poszukiwań z lat 70tych ubiegłego stulecia. Trochę szalony, z pewnością psychodeliczny i opętany. Trudny i bardzo wciągający. Choć może jego powstanie było zupełnie inne. Nie byłem na koncercie w Pałacu. Może El Pagedo po prostu jest efektem wspólnego jammowania, gdzieś nad ranem, po kilku butelkach wytrawnego czerwonego wina.
Tobiasz Koprowski
(8 gwiazdek)
18)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - EUROPAE"
(23.03.2008)
All About Jazz - USA
...Gorzycki is a remarkable drummer in the way he works time and space, accent and beat and gets the rhythm to pulse and fill progression...Jerry D'Souza
..."Gorzycki to wspaniały perkusista...Zespół jest z Polski, tytuły romańskie, ale muzyka, po prostu, jest uniwersalna."
(przeczytaj całą recenzję-wersja oryginalna-english)
19)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - EUROPAE"
(02.2008)
Jazz Forum
Po bardzo interesującym albumie "Realium", nawiązującym brzmieniami, klimatem i ostatinatowymi strukturami do rocka i jazz-rocka lat 70. Ecstasy Project postanowiło zmienic stylistyczną orientację w sposób tak radykalny, jak to tylko możliwe. Ze składu zespołu wyrzucono wszelkie instrumenty elektryczne i elektroniczne, a na cel wzięto europejską tradycję muzyki artystycznej. W efekcie kreatorskie wysiłki zespołu powędrowały w stronę trzeciego nurtu, muzyki spod znaku Mingusa, Olivera Nelsona, Dolphy'ego. Jest to wolta i radykalna i zaskakująca - Ecstasy Project z "Realium" i "Europae", to właściwie dwa różne zespoły, różne muzyczne światy. Lider grupy, perkusista Rafał Gorzycki, znany także z formacji Sing Sing Penelope, nawiązującej do awangardy jazzu lat 60., dał się poznac jako artysta o eklektycznych upodobaniach, rozwichrzonych konceptach i gustach nakierowanych na bardzo różne gatunki muzyki. Pytanie, jak sobie z tą nadmiarową wyobraźnią Gorzyckiego poradzą słuchacze? Paradoksalnie nie powinno być z tym problemu, bo Ecstasy Project, choc zmienne, jak kobieta, jest rozpoznawalne. Decydują o tym, moim zdaniem, dwa elementy: kompozycje, a przede wszystkim melodyka oraz skrzypce Łukasza Górewicza, przywodzące na myśl barwą i frazowaniem Zbigniewa Seiferta. Nie wiem na ile jest to kwestia rozwoju instrumentalisty, na ile koncepcji muzyki, ale na "Europae" Górewicz jako improwizator wypada zdecydowanie lepiej, jest bardziej świadomy, sięga w głąb struktury utworu, by go twórczo rozwinąc, a jego frazowanie nabrało jazzowej zadziorności. Świetnie układa się współpraca skrzypka ze znakomitym flecistą Tomaszem Pawlickim. Gorzycki, w roli instrumentalisty, zna umiar: gdy trzeba - trzyma puls, gdy trzeba - maluje, by po chwili zamilknąc i to bywa, że na dłużej. Powściągliwość cechująca perkusistę-lidera to z pewnością cecha godna uznania. I naśladowania. Muzykę, momentami interesująco zakomponowaną i zaaranżowaną, scala nie wybijający się kontrabas Pawła Urowskiego. Całośc ubarwiają akordowymi tłami i smacznie dobranymi plamami dźwiękowymi akcje wibrafonisty Pawła Nowickiego. Jedno, co mnie na tej płycie razi, to pewne naiwności w momentach, gdy zespół odchodzi od grania jazzowego na rzecz kreowania muzyki quasi-koncertowej, jak choćby w drażniącym banalnymi rozwiązaniami intrze utworu "Maestoso non troppo" (samo upodobanie do nadawania utworom właśnie takich, pretensjonalnych tytułów pomijam, bo w końcu nie o tytuły, i całe szczęście, w muzyce chodzi). Pewnym minusem może też być jednostajność muzyki, która, szczególnie w drugiej części albumu, ulega swoistemu wygładzeniu niemalże w każdym elemencie (rytm, faktura, tempo, dynamika, stosowane środki wyrazowe). Mimo końcowych uwag zarówno Ecstasy Project, jak i nowa płyta zespołu z pewnością zasługuje na uwagę i może sprawic wiele przyjemności jazzowym smakoszom.
Robert Buczek
(4 gwiazdki)
20)
Recenzja albumu Sing Sing Penelope - " We Remember Krzeselko"
(15.02.2008)
Electronic Music.pl
Sing Sing Penelope udowadnia, że współczesny polski jazz nie kończy się na duecie Skalpel i Tomaszu Stańce....
(przeczytaj całą recenzję)
21)
Recenzja albumu Sing Sing Penelope - " We Remember Krzeselko"
(14.02.2008)
Przekrój
Dwie takie płyty, że ja przepraszam i szybko nadrabiam jedną, a drugą opisuję awansem (wychodzi 8.02).
Wiem, nieczęsto decyduję się tak pilnie zrecenzować polskich wykonawców, ale ci tutaj to wciąż szczególne grono - drugie pokolenie yassowców. Ludzie, którzy terminowali u założycieli Miłości, Trytonów czy Łoskotu, a po jakimś czasie to im przyszło liderować scenie poszukującego jazzowego pogranicza. W dodatku reprezentujący dwa najważniejsze yassowe ośrodki: Trójmiasto (Pink Freud) i Bydgoszcz (Sing Sing Penelope). Nic tylko porównywać.(...)
(...)Grupa Wojtka Mazolewskiego pokazuje, że w jakimś sensie jest na końcu drogi (nawet jeśli będziemy pamiętali, że to materiał zarejestrowany przed jego ostatnim albumem studyjnym, może nam to przyjść do głowy). Sing Sing Penelope ciągle jest na początku - w tym sensie Pink Freud to grupa jazzowa, a SSP to yass pełną gębą. Dla tych ostatnich bardziej się wciąż liczy poszukiwanie niż znajdywanie.
I tych też - w sposób naturalny, jeśli przypomnimy sobie dwie poprzednie płyty - zagnało w lata 70. Kapitalny "James Bond" (numer 2 na płycie) kojarzy się z najlepszymi momentami sceny Canterbury. Podobny rozmach aranżacyjny, bez utraty dynamiki. Finezja i potężne łupnięcie w jednym.
Z kolei kończący album "Third Man on the Moon" jako żywo przypomina już bardzo konkretną kapelę z tamtych kanterberyjskich czasów - Soft Machine. W pewnym sensie SSP mają urok - gdy chodzi o tematy - Pink Freud sprzed kilku lat. Tyle że dęciaki grają tu wolniej, dostojniej. A Rafał Gorzycki na perkusji bardziej maluje nastroje, grając niczym klasyczni perkusiści orkiestrowi i na chwilę zapominając, że to jazz (jeśli to w ogóle jazz).
Ciekawe, że SSP naturalnie rozbudowują partie klawiszy, więc brzmieniowo w tym punkcie oba zespoły (PF często od klawiszy stroni) zbliżyły się do siebie w sposób wyjątkowy. No dobra, aspekt improwizacji u PF jest znacznie mocniejszy, ale wahałbym się chwilę, którą płytę włączyć po raz kolejny - czy SSP, których utwory (2-4-6 - te obowiązkowo do sprawdzenia) bardzo mnie wciągnęły, by je poznać na pamięć, czy PF, których alchemicznych improwizacji nigdy nie spamiętam.
Mimo tego, że jedni i drudzy uciekli w przeszłość, w lata 70., nie brzmią dla mnie obco. Może dlatego, że ta przeszłość to dla mnie, podobnie jak dla nich, kwestia pokoleniowa, okolice roku mojego urodzenia. Naturalne źródło. Łożysko, które mi zapewne dawało jakieś emocje, gdy jeszcze nie byłem ich w stanie odbierać własnymi zmysłami. Nie mogę tego pamiętać, ale czuć...
Bartek Chaciński
22)
Jazzowa płyta Roku 2007: "Ecstasy Project - EUROPAE"
(05.01.2008)
Jazz Radio
W konkursie Jazz Radia na najlepszą płytę jazzową roku 2007, płyta "EUROPAE" - Ecstasy Project - została sklasyfikowana w pierwszej dziesiątce ( dokładnie na 8 pozycji).
Słuchacze zestawili ją wśród takich gwiazd jak : Wynton Marsalis, Leszek Możdżer. Album EUROPAE ulokował się nawet przed płytami Herbiego Hancocka, czy Anny Marii Jopek.
23)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - EUROPAE"
(27.12.2007)
Art Rock
Zdecydowanie łagodniejsza od poprzedniego albumu formacji. Z pewnością wpłynął na ten fakt poszerzony skład muzyków. Muzyków, którzy kształcąc się klasycznie - chcąc nie chcąc w codziennych ćwiczeniach wracają do dorobku artystów średniowiecznych. Stąd tez tytuły utworów, które dla znawców tematu, będą mówiły wszystko, zaś dla laików - będą stanowiły interesująca zagwozdkę (przynajmniej taką mam nadzieję).
Maestoso Non Troppo rozpoczyna się klasycznie, skrzypcami i lekkim wspomnieniem Realium. Jest bardzo melancholijnie, po chwili wchodzimy do Europy - odzywa się wibrafon. Kurcze, ależ to ciekawie brzmi. Minimalizm, to główny nurt kierujący tym utworem. Nie ma tu żadnego zbędnego dźwięku, i nie ma też ich samych zbyt wiele. W Sempre Adagio usłyszymy więcej perkusji, więcej skrzypiec. Te ostatnie zresztą wiodą w tym utworze główną rolę.
Allegro Vivace Animato - skojarzyły mi się z francuską riwierą z lat sześćdziesiątych i lekkimi filmami kryminalnymi. Doskonałe fragmenty jako podkład pod obrazy z kamery - oczywiście czarno-białe. Solo Misterioso - to krótkie wprowadzenie do kolejnego utworu. Tylko półtorej minutki, jakieś delikatne zwiewne mgiełki, choć lekko niespokojne.
Adlibitum - Allegretto Rallentando. Wreszcie Rafał wychodzi na pierwszy plan. Nie żeby mi się nie podobały inne instrumenty, jest wręcz przeciwnie. Ale jakąś taką słabość mam do perkusji. Jeden z moich ulubionych, a także najważniejszych utworów. Świetnie brzmiące perkusyjne zagrania, niskie "doomowe" skrzypce, oraz smutny, psychodeliczny flet. Wibrafon rozbroił mnie totalnie. Dawno tego instrumentu nie słyszałem, a na płycie jazzowej - chyba w ogóle (przynajmniej w takim brzmieniu). Brzmi niesamowicie. Utwór przeskoczył do początku w momencie gdy licznik wskazywał 2:17 - co spowodowało ponowne odtworzenie pierwszej części. Utwór przeskoczył dokładnie o 3:20 nad ranem ostatniego dnia miesiąca listopada.
Solo Con Espressione - pomyślałem sobie, że tak właśnie włosi pija poranne espresso. Łykają gorącą, czarną i gęsta jak smoła malutka kawę, szybko popijają woda i Ida do pracy. Zauważyłem że zajmuje im to mniej niż dwie minuty. Trochę dmuchają (jak Tomasz) potem szybki łyk i woda dla ochłodzenia i zniwelowania maksimum goryczy.
Moderato Recitando to dyskusja moderowana, dyskusję prowadzą skrzypce, flet i perkusja, moderatorem jest wibrafon. Okazuje się jednak, że ta Europa wcale nie jest średniowieczna. Dużo w niej nowoczesnych technologii. Długa, odważna i rzeczowa dyskusja. Na szczęście panowie raczej nie wyglądali na pokłóconych. Solo Con Dolore to smutny solowy popis, zbliżony do dokonań Levina
znanych z albumu "From The Cave Of The Iron Mountain". Andantino Grazioso Cantabile jakieś dziwne reminiscencje do Realium, choć nie brakuje obrazów z dobrych europejskich filmów. Solowe fragmenty skrzypiec i fletu, a perkusja jakby tylko mimochodem się pojawiała. Brawa dla Rafała za umiejętne dyrygowanie.
Kończący płytę Andante Con Melanconia cos wspólnego z melancholia ma. Dużo wibrafonu, urywany flet, potem skrzypce - instrumenty jednak przenikają się i zamieniają rolami co jakąś chwilę. Rafał wyszedł chyba z sesji przed tym nagraniem i może dlatego urywa się nagle. A może muzycy improwizowali, i nagle wszedł Rafał? Nieważne. Brzmi doskonale.
.
(9 gwiazdek) Tobiasz Koprowski
24)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - EUROPAE"
(9.12.2007)
Machina
Dobre opakowania często kryją kiepskie granie, tymczasem tu jest odwrotnie. Tytuły w rodzaju " Solo misterioso" brzmią pretensjonalnie. A zamieszczony na okładce tekst o pięknej Europie budzi podejrzenie, że muzycy kokietują unijne dotacje na kulturę.
Kiedy jednak słucha się muzyki, dzieją się rzeczy bardziej interesujące.Ecstasy Projekt to jeden z ciekawszych zespołów drugiej fali bydgoskiego yassu.
Lider i perkusista Rafał Gorzycki i flecista Tomasz Pawlicki grali kiedyś w Maestro trytonach Tomasza Gwincińskiego.
"EUROPAE" to kontynuacja tamtej ścieżki kompozytorskich kaprysów na przecięciu muzyki współczesnej, jazzu i soundtrackowych klimatów. Jazzowa sekcja rytmiczna i filharmonicy rasowo improwizujący na flecie, skrzypcach i wibrafonie.
Rzecz salonowo wychuchana, ale ma swój szlachetny, oryginalny koloryt. Płyta broni się jak kameralistyczne easy listening. Brzmi paradoksalnie, a ma to być komplement.
(4 gwiazdki) Rafał Księżyk
25)
Recenzja koncertu "Ecstasy Project - EUROPAE" na "Jazz Jantar 2007"
(02.11.2007, Gdańsk - Żak)
Onet
...Pierwszy dzień festiwalu zdominowały instrumenty perkusyjne. Liderem Ecstasy Project jest Rafał Gorzycki, bydgoski perkusista z rodowodem yassowym, znany również z Sing Sing Penelope. Ecstasy, które do niedawna grało jako trio, w tym roku wydało w kwintecie płytę "Europae". Album jest hołdem dla muzyki starego kontynentu. Gorzycki celowo zrezygnował z instrumentów stanowiącym o charakterze jazzu amerykańskiego i sięgnął po wibrafonistę, flecistę i skrzypka.
Ecstasy w Żaku zagrało jednak w kwartecie (bez flecisty). Zaproponowało muzykę głęboko osadzoną we współczesnej kameralistyce. Z głośników płynęły dźwięki delikatne, eteryczne choć zdecydowanie unikające łatwych rozwiązań harmonicznych. Atonalny charakter nie ujmował bynajmniej tej muzyce piękna.
Tematy takie jak "Sempre adagio" czy "Moderato recitando" (świetny Paweł Nowicki grający smyczkiem na wibrafonie) mogłyby bez trudu stać się motywami przewodnimi dla inteligentnego europejskiego kina.
Gorzycki to muzyk, na którego należy zwrócić uwagę. Jest jednocześnie konsekwentny artystycznie i niezwykle aktywny jeśli chodzi o promocję swojej twórczości. Dość powiedzieć, że Ecstasy Project jeszcze w tym roku rusza na trasę koncertową po Europie, podczas której zagra ponad dwadzieścia koncertów. A już w przyszłym roku nowy album Sing Sing Penelope....Borys Kossakowski
26)
Wywiad z Rafałem Gorzyckim: "Europa popchnie muzykę do przodu"
(30.10.2007)
Polskie Radio
27)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - EUROPAE"
(18.10.2007)
Onet
Ecstasy Project powiększył skład i ruszył na podbój Europy. Nie po to jednak, by burzyć, palić i siekać na plasterki, ale by pożyczyć to i owo z jej muzycznego dziedzictwa. A potem oddać z nawiązką.
Rafał Gorzycki ma cechę wśród liderów zespołów występującą rzadziej, niż płetwale błękitne w Bałtyku - nie zależy mu na tym, by słychać go było zawsze i najgłośniej.
Nie oczekujcie więc albumu perkusyjnego, nawet w takim zakresie, w jakim był nim "Realium". Pierwsze skrzypce grają tu raczej... skrzypce (Łukasz Górewicz), wibrafon (Paweł Nowicki, znany m.in. z Pink Freud) lub flet (Tomasz Pawlicki), co sprawia, że zupełnie świeża muzyka Ecstasy Project ma klasyczny posmak, ten szczególny rodzaj dostojeństwa, który sprawia, że lepiej zabrzmiałaby w filharmonii, niż zadymionym klubie jazzowym.
To nie przypadek. Stary Kontynent w tytule płyty, włoskojęzyczne tytuły utworów (nawet jeśli to tylko żart), każą odczytywać "Europae" nie poprzez pryzmat tego, co wydarzyło się w jazzie i okolicach w ciągu ostatnich kilkunastu lat, ale ze znacznie szerszej perspektywy. Gorzycki ambitnie czerpie z wielu nurtów dwudziestowiecznej muzyki europejskiej, więc jego propozycja adresowana jest raczej do fanów eklektycznych kombinacji, niż strażników stylistycznego puryzmu.
Okazuje się jednak, że oddalone od siebie w czasie i przestrzeni szkoły grania mają więcej wspólnego, niż mogłoby się nam zdawać. A już na pewno interpretacja ich osiągnięć przez Ecstasy Project akcentuje raczej podobieństwa niż różnice - miłe dla ucha, neoklasyczne harmonie płynnie przechodzą więc w klimaty bliskie wytwórni ECM i tęskne dłużyzny właściwe skandynawskiej scenie jazzowej, by dojść do minimalizmu współczesnej muzyki improwizowanej.
Co ciekawe, mimo ekstatycznego szyldu, zespół brzmi lepiej w na szczęście licznych intymnych, wyciszonych fragmentach, niż kiedy rozpędza się i zagęszcza nuty. No, ale przecież nie od dziś wiadomo, że sztuka to domena paradoksów.
(4 gwiazdki) Jarosław Szubrycht
28)
Recenzja albumu "Ecstasy Project - EUROPAE"
(12.10.2007)
Dziennik
Rafał Gorzycki, lider formacji Ecstasy Project, wywodzi się z grona yassowych improwizatorów szlifujących swe solówki w bydgoskim Mózgu.
Muzycy, z którymi współpracuje (flecista, wibrafonista i skrzypek) to znakomici instrumentaliści z doświadczeniem klasycznym.
Europae to intrygujący brzmieniowo yass.
Muzyka kojarząca się z "Out To Lunch" Dolphy`ego, tchnie oryginalnością i kompozytorską kompetencją.
Europae da się lubić. (5 gwiazdek)
Ryszard Tymański
23)
Wywiad z Rafałem Gorzyckim
(16.10.2007)
Gazeta Wyborcza - "Tak brzmi Europa"
W poniedziałek oficjalną premierę miał najnowszy krążek zespołu Ecstasy Project - "Europae".
- To pierwsza moja płyta, z której jestem bardzo zadowolony - mówi lider grupy, Rafał Gorzycki
Aleksandra Chwastek: To najspokojniejsza z twoich dotychczasowych płyt.
Rafał Gorzycki: Otaczająca rzeczywistość jest bardzo natarczywa, wręcz agresywna. Ciągły natłok informacji, wieczna gonitwa, brak czasu. W "Europae" zmieniłem tempo.
Ze zmęczenia?
- Z racji zainteresowań. Jak się tak zastanowię, czego słucham w domu, to jest to gównie współczesna kameralistyka, dużo takich kompozytorów jak Webern, Szostakowicz, Bartok, czy Schöenberg.
Hałas jest już za tobą?
- Chyba tak. Miejsce jazz-rocka, który zawsze mnie interesował zajęła teraz forma klasyczna. "Europae" to dla mnie przełomowa płyta. Świadoma, dojrzała, przemyślana. Pierwsza, która broni się wobec mojej własnej krytyki. Bo ja jestem dla siebie najsurowszym recenzentem. Nigdy nie słucham swoich płyt. Tworzenie muzyki to moje życie, a paradoksalnie słuchanie własnych kompozycji nie sprawia mi przyjemności. U moich kolegów w domach często słychać ich nagrania, u mnie nigdy.
Z czego to wynika?
- Z mozolnej pracy w studiu między innymi. Jak wysłucham własnej płyty tysiące razy kawałeczek po kawałeczku, to po pierwsze mam jej dość.
Wreszcie udało ci się tę niechęć przełamać.
- Już dwa razy wysłuchałem "Europae" w domu. To rzeczywiście sporo jak na mnie. Ale , jak już mówiłem, nigdy wcześniej nie byłem w takim stopniu zadowolony z własnej muzyki. Pierwszy raz czuję dumę.
Gdzie twoim zdaniem leży tajemnica sukcesu tego wydawnictwa?
- W wyważeniu klasyki i jazzu. Nadałem formę klasyczną muzyce improwizowanej w rozsądny, umiarkowany sposób.
Ale nie jesteś przecież pierwszym jazzmanem, który bierze się klasykę.
- Ale znalazłem dobry pomysł na brzmienie. Jazzmani najczęściej wykorzystują charakterystyczne dla nich instrumentarium: fortepian, czy saksofon. A u mnie słychać wibrafon, skrzypce, flet. Te instrumenty budują nastrój, są bardziej klasyczne, tylko sekcja rytmiczna jest jazzowa. Poza tym długo komponowałem utwory, które weszły na "Europae". Nie posługiwałem się żadnym schematem. Ta płyta to eksperyment, który okazał się udany.
Od tego krążka twój zespół nie jest już triem.
- Nagraliśmy ją w piątkę: Łukasz Górewicz - skrzypce, Tomasz Pawlicki - flet, Paweł Nowicki - wibrafon, Paweł Urowski - kontrabas i ja. Ten skład to kolejna tajemnica jakości albumu. Zaprosiłem świetnych instrumentalistów.
A propos koncertów. Kiedy Bydgoszczanie usłyszą na żywo "Europae"?
- Koncert premierowy odbędzie się 3 listopada w Pałacu w Ostromecku. Bardzo mi zależało właśnie na tym miejscu, bo tam nagrywaliśmy krążek, więc tam chcieliśmy płytę zaprezentować po raz pierwszy. Pod koniec listopada (25.11.2007) zagramy także w ramach festiwalu "Muzyka z Mózgu".
29)
Prasowe podsumowania muzyczne 2006r
(01.2007)
Gazeta Wyborcza, Playboy, Onet
Playboy: (01.2007) W opinii Rafała Księżyka nowe albumy Sing Sing Penelope Rafała Gorzyckiego, Marcina Maseckiego i Contemporary Noise Quintet, to naważniejsze premiery polskiego jazzu nowego pokolenia
Onet: (28.12.2006) W Rankingu za 2006r w kategorii polskiej muzyki, album Sing Sing Penelope "Music for Umbrellas" z Rafałem Gorzyckim dostał nominacje do najlepszej płyty 2006r obok Tomasza Stańki "Lontano" i najnowszej płyty Car is on Fire
Gazeta Wyborcza: (Bydgoszcz; 5.01.2007) Wśród największych sukcesów artystycznych 2006 roku uznano twórczość Rafała Gorzyckiego z jego Ecstasy Project oraz Sing Sing Penelope ,obok Rafała Blechacza ,czy Macieja Cuske z Marcinem Sauterem
230)
Wywiad z Rafałem Gorzyckim dla Jazz Forum
(10/11.2006)
Łukasz Iwasiński
Rafał Gorzycki to perkusista związany z wieloma formacjami z kręgu nowego
jazzu. Jego aktywność nabiera coraz większego rozmachu. Właśnie światło
dzienne ujrzała druga płyta Sin Sing Penelope "Music For Umbrellas". Artysta
pracuje także nad nowym albumem swego autorskiego przedsięwzięcia - Ecstasy
Project. Ponadto niedawno udostępnił w formacie mp3 nagrania nieistniejącej
już grupy Jaskinia oraz składankę "Rafał Gorzycki & Friends". O tym
wszystkim (i nie tylko) rozmawiałem z muzykami Sing Sing Penelope -
Gorzyckim oraz klawiszowcem Danielem Mackiewiczem i trębaczem Wojtkiem
Jachną.
Jazz Forum: Zacznijmy od uporządkowania projektów, w których się udzielacie.
Przedstawcie każdy z nich - na ile różna jest ich koncepcja, muzyka i wasza
w nich rola?
Rafał Gorzycki: Sing Sing Penelope to najmłodsza grupa, w której się
udzielam. Powstała z transformacji psychodelicznej, jazz-rockowej formacji
Jaskinia około 2000 roku. Muzycy z zespołu coraz bardziej przesuwali się w
kierunku jazzu i nie było już możliwości pracy pod tym szyldem. Zaraz potem
dołączył saksofonista Tomek Glazik i trębacz Wojtek Jachna. W tym kwintecie
pracujemy do dziś. Jest to dla nas ciekawe doświadczenie, bo w SSP nie ma
lidera. Każdy ma trochę inne korzenie muzyczne. To bardzo świeże podejście,
moim zdaniem, bo możemy sobie bez ryzyka krytyki, czy trzymania konkretnej
linii przez lidera, eksperymentować z różnymi stylami, formami, brzmieniami.
To przygoda.
Ecstasy Project to z kolej klasyczny zespół z upartym, namolnym kierownikiem
- czyli mną. Mam bardzo konkretną wizję brzmienia i ekspresji tego projektu
i ją realizuję - od kompozycji po wybór studia nagraniowego.
Trzecia formacja, w której gram, to Maestro Trytony, prowadzona przez Tomka
Gwincińskiego. W MT gram już 11 lat i cały czas Tomasz mnie zaskakuje. Jakiś
czas temu graliśmy kameralną muzykę współczesną do spektaklu "Ubu Król",
teraz w triu dużo swingów, standardów jazzowych. Dużo się od niego nauczyłem
- pewnej bezkompromisowości w tworzeniu, świadomości, co chcesz przez muzykę
przekazać.
Uczyłem się u Piotra Biskupskiego, Mirosława Żyty (ojciec Łukasza), byłem
przez jakiś czas na Bednarskiej, a z drugiej strony poznałem właśnie Tomka
Gwincińskiego, Sławka Janickiego, Tymona czy Trzaskę - artystów z trochę
odmienną wizją współczesnego jazzu. Jestem przez to bogatszy o doświadczenia
muzyczne, wejrzałem w różne filozofie i podejścia do aktu tworzenia. Teraz
to wszystko wykorzystuję do rozwijania własnego języka muzycznego.
Daniel Mackiewicz: W chwili obecnej poza SSP grywam w zespole Sami Szamani
(duża 5-8 osobowa drużyna z m.in. Glazikem i Gruchotem z SSP), a od niedawna
w ciekawym kwartecie o roboczej nazwie Cyclists, w którym poza mną grają:
Wojtek Woźniak - bas (ex-Variete), Jacek Buhl - perkusja (ex-4 syfon), dj
Grzana - gramofony. Oba składy to, w porównaniu z SSP, znacznie
radykalniejsze wejście w swobodną improwizację połączoną z mocnym,
breakbeatowym groove'em perkusji. Zespoły te charakteryzuje maksymalna doza
demokracji, w żadnym nie było, nie ma i raczej nie będzie lidera.
Wojtek Jachna: Ja, poza SSP, gram w Mordach oraz, wraz z Tomkiem Glazikiem,
w nowym projekcie braci Kapsów - Contemporary Noise Quintet. Myślę, że to
może być duże zaskoczenie. Materiał jest nagrany i jak dobrze pójdzie, to na
jesień będzie płyta. No i czasem jestem rastamanem, bo incydentalnie
udzielam się w bydgoskim Dubska.
JF: Właśnie ukazała się druga płyta zespołu Sing Sing Penelope "Music For
Umbrellas". Opowiedzcie jak powstawały kompozycje, jak przebiegała sesja.
DM: Płyta powstała w ciągu trzech dni w szubińskim studiu Electric Eye
prowadzonym przez braci Kapsów. Myślę, że byliśmy zdecydowanie lepiej
przygotowani do tej sesji, mieliśmy materiał ograny na koncertach. Jednak
studio zaskoczyło nas na tyle pozytywnie, że pozwoliliśmy sobie na
nieprzewidywalność. Na płytę wszedł np. utwór "Chickens", który był po
prostu "czapą" zagraną po rozstawieniu instrumentów - w ramach soundchecku.
Spodobał się i został, mimo tego, że nie ma początku, który zniknął z dysku
w nieznanych okolicznościach. (śmiech) Po dwóch dniach nagrywania mieliśmy
około 85 minut muzyki, z której ciężko nam było coś wyrzucić. 50 minut
weszło na "Music For Umbrellas", zostało ponad 30 minut eksperymentów z
elektroniką i akustyką, które, jeśli życie nie zweryfikuje, zamierzamy wydać
wczesną wiosną 2007 r. wraz z dodatkiem DVD z koncertu nagranego jesienią
2005 r. w Mózgu.
RG: Zaraz po wydaniu debiutanckiego albumu SSP bardzo dużo
eksperymentowaliśmy z nowymi dla nas brzmieniami, pomysłami metrycznymi,
formą. Tomasz (Glazik) kupił sporo elektroniki, Daniel przyniósł nowe
analogowe klocki, Wojtek (Jachna) słuchał dużo Blue Note z lat 60. i
przynosił piękne melodie. Ja oczywiście zgłębiałem stary ECM. Mieszanka
wybuchowa. Tak właśnie powstało te pięć kompozycji, które są na nowej
płycie. Jak wspomniał Daniel, nagraliśmy więcej materiału, który jednak
stylistycznie odbiega od tego, co znalazło się na "Music For Umbrellas" - to
rzeczy inspirowane muzyką konkretną, współczesną kameralistyką, awangardą
jazzu. Na "Music For Umbrellas" przygotowaliśmy materiał utrzymany w jednej
estetyce - będącej wynikiem ewolucji idei z debiutanckiej płyty.
JF: Jak byście określili tę ewolucję? Debiut SSP był wyraźnie pod wpływem
tradycji jazz-rocka lat 70., ze wskazaniem na Soft Machine. Czy zgodzicie
się, że dziś zespół - nadal odwołując się do kanonu z epoki od elektrycznego
Davisa, przez
Weather Report, po wspomniane Soft Machine - jednocześnie śmielej zerka na
współczesną scenę neo-fusion, choćby tą z Chicago (Isotop 217)?
DM: Nie jestem w stanie porównać naszej muzyki do czegokolwiek, co się
obecnie gra. Jeśli chodzi o sugestię dotyczącą naszych zapędów
archeologicznych (śmiech), czyli wpływu Soft Machine, Milesa Davisa, Weather
Report, nie będę zaprzeczał, że ten wpływ na to, co robimy, jest ogromny.
Jeśli zaś chodzi o zestawienie obu płyt SSP, to wydaje mi się, że jest w
nich pewna konsekwencja, ale "Music For Umbrellas" oceniam jako album
zdecydowanie dojrzalszy, zarówno pod względem muzycznym, jak i produkcyjnym,
brzmieniowym. Mam nadzieję, że piąta płyta zespołu będzie bardziej spójna.
(śmiech) Jest nas pięciu, rządy mamy demokratyczne, więc i o jeden kierunek
czasem trudno.
WJ: Brzmienie zespołu, takie a nie inne instrumentarium - electric piano,
stare organy, syntezator Nord, trąbka, tenor - już samo to narzuca
skojarzenia z epoką jazz-rocka. Zauważ jednak, że numery, które przyniosłem
na płytę - "Walce bydgoskie" czy "Black Minority" - gdyby zostały zagrane
bez elektrycznych instrumentów, z akustycznym fortepianiem, zabrzmiałyby
klasycznie jazzowo. A tak brzmią jak - nazwijmy to - neo-fusion. Fakt, że ja
uwielbiam to wczesne, drapieżne fusion. To co było potem - późne Return to
Forever z Alem Di Meolą, późne Soft Machine, już mi się mniej podoba. W
pewnym momencie fusion stało się pułapką i co bardziej rozgarnięci jazzmani
wrócili do akustycznego grania. A dziś pojawia się w innej formie, są nowe
możliwości brzmieniowe (bo przecież o brzmienie, barwę i klimat tutaj przede
wszystkim chodzi), są laptopy. Mnie pociąga istnienie tych dwóch światów
obok, np. tego, co robi Adam Pierończyk. Nasza muzyka jest inna, prostsza
formalnie, ale chyba w tym jest jej siła. Cieszy mnie też to, że wielu ludzi
zauważa jej "słowiańskość" - tak mówiono po naszych koncertach Niemczech.
Ba, jeden gość w Berlinie powiedział nawet, że kojarzy mu się to co gramy z
muzyką Niemena, który też przecież flirtował z jazz-rockiem, ale robił to po
swojemu. To miłe. Swoją drogą, nie wiem, w którą stronę pójdzie ten zespół.
Jest wiele inspiracji, bardzo różnych. I to chyba dobrze.
JF: Rafał, niedawno udostępniłeś w formacie mp3 nagrania projektu, z którego
wyrosło SSP - Jaskinia, oraz składankę "Rafal Gorzycki & Friends -
1999-2003". Skąd ten pomysł?
RG: Krzysztof Piekarczyk z portalu Serpent.pl otwierał nowy sklep
internetowy. Zaproponował mi, żebym udostępnił swoje nagrania archiwalne,
które nie były nigdy oficjalnie wydane. Nigdy o tym nie myślałem, ale trochę
się tego nazbierało. Wiedziałem, że nie ma szans żeby to wydać na CD, bo
większość z tych projektów już nie funkcjonuje. Może za 30 lat, kiedy
będziemy sławni, z okrągłymi brzuchami. (śmiech) Tam jest sporo dobrej
muzyki.
JF: Warto przy okazji przypomnieć historię Jaskini - na płycie wystąpił
m.in. jeden z nestorów naszego free, postać bardzo uznana, ale nieco
tajemnicza - Andrzej Przybielski oraz Janusz Zdunek. Jak dziś, po kilku
latach, oceniacie ten materiał?
RG: Przygotowując master dla Serpentu przesłuchałem tę płytę, chyba pierwszy
raz po pięciu latach. Są tam naprawdę piękne kompozycje (np. "Space Mantra"
Daniela Mackiewicza z drugim tematem Janusza Zdunka) i piękne sola Andrzeja
Przybielskiego. To wielki trębacz. Gdyby tyle nie palił, byłby razem ze
Stańką na szczycie, albo nawet wyżej. Jestem pewny. Ja też zagrałem tam
dobre solo. Są tam jednak i rzeczy, na które bym teraz się nie zdecydował.
Ale to już historia.
DM: Ja w ogóle nie słucham płyt, w których nagraniu uczestniczyłem. Uważam
jednak, że to bardzo dobry materiał, jestem z niego zadowolony - między nami
mówiąc, bardziej niż z debiutu SSP. (śmiech) Nagraliśmy tę płytę ponad sześć
lat temu, nie pamiętam szczegółów, poza tym, że siedzieliśmy w studiu bardzo
długo i wydaliśmy mnóstwo kasy. (śmiech) Teraz za tę forsę nagralibyśmy
cztery albumy. Improwizowany utwór "Only You", nagrany wraz z Andrzejem,
uważam za najlepszy na płycie i jeden z lepszych, w jakich nagrywaniu dane
mi było uczestniczyć. Zespół Jaskinia zakończył działalność kilka miesięcy
później, by dać miejsce Penelopie.
JF: Na składance "Rafal Gorzycki & Friends" usłyszeć możemy m.in. utwory
projektu Red Eye of Mintaka, flirtującego z drum'n'bassem i hip-hopem. Czy
pociągają was poszukiwania tzw. nowych brzmień?
RG: To był projekt skrzypka Sebastiana Gruchota, który jest zakochany w tej
estetyce. Teraz studiuje saksofon w Norwegii i tam kontynuuje ten romans z
nowym zespołem Ape. A swoją drogą coś jest z tymi skrzypkami - wielu gra na
saksofonie. Sebastian gra też z nami w SSP. Na "Music For Umbrellas" jest
jego ekstremalnie ekspresyjne solo. Z tego kręgu stylistycznego najbardziej
podchodzi mi jungle, ale to chyba oczywiste, zważywszy, że jestem
perkusistą. Rzeczy z kręgu jungle, d'n'b, hip-hop to nie jest dla mnie nowa
muzyka. Doceniam jej atuty: brzmienia, rytmikę, ciekawe podziały. Niektórzy
uwypuklają jej walory taneczne, a ja jednak wolę tańczyć przy muzyce takich
ludzi jak Prince czy James Brown. Sądzę, że w każdym gatunku muzyki
elektronika odgrywa już, lub będzie odgrywać dużą rolę. To, po prostu
kolejny instrument i to wcale nie nowy. Posłuchaj muzyki konkretnej, a to
połowa XX wieku - eksperymentów Cage'a, Stockhausena.
JF: Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty Ecstasy Project?
RG: Do studia chcę wejść wczesną jesienią. Ideą albumu, który nosić będzie
tytuł "Europea", jest swoisty hołd złożony europejskiej muzyce
improwizowanej i kameralnej. To ma być kontra dla amerykańskiej
współczesności. Dla mnie to, co dzieje się teraz w Europie, jest ciekawsze
od większości produkcji z USA. EST, Stańko, cała scena skandynawska, ECM.
Uwielbiam Rypdala. Poza tym cała liryka - od Szymanowskiego, Blachera i
Szostakowicza po Komedę i Seiferta. Ale i z amerykańskiego olbrzymiego
dziedzictwa bliskie jest mi brzmienie Blue Note z lat 60. - Dolphy, Tony
Williams, Hutcherson, Hill i kwintet Davisa z lat 60. To był najlepszy okres
dla jazzu amerykańskiego.
Zresztą żyjemy w czasach globalnej wioski i pewne trendy się naturalnie
krzyżują, uzupełniają. Dla ECM-u nagrywa wielu amerykańskich artystów.
Najlepsze płyty Abercrombiego, Marka Feldmana, DeJohnette'a są nagrywane
właśnie na starym kontynencie. Kiedyś chciałem emigrować do USA, teraz
jestem dumny z tego, że jestem Europejczykiem. Płytę chcę nagrać w warunkach
akustycznych podobnych do dużych studiów telewizyjnych z lat 60. Osiągnąć
specyficzne brzmienie i naturalną ekspresję grania na żywo.
Album nagrywamy z wibrafonistą z Trójmiasta - Pawłem Nowickim, znanym z Pink
Freuda czy Kobiet, ale specjalizującym się przede wszystkim w muzyce
współczesnej. Prowadzi on zespół perkusyjny Kwartludium, który często
zapraszany jest na Warszawską Jesień.
JF: Wielu jazzmanów twierdzi, że domeną tej muzyki jest wolność. Co waszym
zdaniem wyznacza granice wolności w muzyce?
RG: Co masz na myśli, mówiąc "tej" muzyki? Jakiej? Muzyka jest jedna.
Nieważne, czy grasz fugę Bacha, koncert fortepianowy Schoenberga, czy "Take
the A-Train". Każda muzyka musi "poruszać". Wolności nie należy mylić z
chaosem. Sądzę, że ważna jest świadomość tego, co chcesz powiedzieć i w
jakiej formie. Nie ma wypowiedzi bez formy. To jest ograniczenie samo w
sobie. Moim zdaniem nie ma stuprocentowej wolności.
WJ: Niewątpliwie muzyka jazzowa kojarzy się z wolnością, ale... myślę, że
istotą sprawy jest kontrolowanie tej wolności. Oczywiście jest free jazz,
ale mnie osobiście nie przekonują te ekstremalne rzeczy. Osobiście bliżej mi
np. do Stańki z okresu "Music For K." - ta muzyka ma straszny cios, jest
gwałtowna i mocna, ale jednocześnie ma formę. A ponadto wykonują ją
fantastyczni muzycy. My w SSP miewamy ciągoty do kolektywnej improwizacji i
jest z tym różnie - czasem fantastycznie, a czasem naprawdę słabo. Pewnie
będziemy się coraz bardziej otwierać na takie formy grania, dla mnie jednak
rzeczą najważniejszą jest komunikatywność - nie pociąga mnie granie "frytek"
dla trzech kolegów na sali, bo reszta uciekła. Na koncertach jest sporo
improwizowanych rzeczy, ale staramy się to kontrolować. Zbyt wiele widziałem
koncertów improwizowanych, na których spadłem prawie z krzesła z nudów.
Oczywiście jest problem subiektywnego odbioru: jednemu może się coś podobać,
komuś innemu nie.
JF: SSP oraz Ecstasy Project zostały dostrzeżone przez prestiżowe media
jazzowe na świecie, zbierają bardzo pochlebne opinie. Czy przekłada się to
na dystrybucję i sprzedaż waszych płyt, na koncerty?
RG: Otrzymaliśmy kilka zaproszeń na duże festiwale w Europie i USA, mamy
propozycje dystrybucji w Australii, Stanach.
Łukasz Iwasiński
31) Recenzja płyty Ecstasy Project "Realium"
Artrock (26.08.2005)
"Absolutnie wspaniały i porywający album"
Płyta została wydana pod szyldem PolishJazz.com (Polish Jazz Network),
dużego i prężnego medium, które za oceanem promuje naszych polskich twórców
jazzowych. Zapytacie więc, dlaczego zdecydowałem się na napisanie kilku słów
o tym wydawnictwie na łamach tego portalu. Odpowiedź jest prosta. Płyta jest
tak dobra, tak smutna i tak bardzo interesująca, że plułbym sobie w brodę,
gdybym nie spróbował was zachęcić do zapoznania się z tą muzyką. Ta płyta to
awangarda na łamach portalu, który dla wielu jest awangardowy.
Ecstasy Project Trio to bydgoski zespół założony w roku 1998 przez
Rafała Gorzyckiego, który dobierał muzyków potrzebnych do osiągnięcia
odpowiedniego brzmienia na pierwszej płycie Ecstasy Project (tak też
pierwotnie nazywał się zespół). Potem, w ramach zmian, które nierzadko mają
miejsce w nowych zespołach, utworzyło się trio (pod obecną nazwą) w skład
którego, poza Rafałem Gorzyckim, wchodzą Łukasz Górewicz i Patryk Węcławek i
w roku 2005 drugi album grupy, zatytułowany Realium, ujrzał światło
dzienne.
Płyta rozpoczyna się psychodeliczną przestrzenią klawiszy,
przypominających mi płyty The Drop – Briana Eno (1997) w tych
pięknych pojedyńczych dźwiękach fortepianu, czy Pictures At An
Exhibition – Isao Tomity (1975)> w całej reszcie. Zupełnie niejazzowo.
Realium II - tu jest już bliżej do jazzu, choć nie do końca. Perkusja
jazzowa, lecz skrzypce... Nie są stricte jazzowe, nie są też klasyczne. To
coś pomiędzy z dodatkiem potężnej dawki rozpaczy. Płaczą, smucą się i
przygniatają. Utwór powolutku się rozkręca i dzieje się w nim coraz więcej i
więcej, ale nadal jest bardzo, bardzo smutno. I to jest przepiękne. A potem
nadchodzi wiosna.
Realium III to optymistyczny, choć spokojny utwór, gdzie ciekawie
brzmi perkusja i afrykańskie bębny. Zaś dźwięki wydobywane przez skrzypce od
czwartej minuty kojarzą mi się z Ozric Tentacles. Nadciągają
tatarskie kohorty, to
Realium IV.
Na szczęście ich atak można odeprzeć, choć jedynym znanym
mi sposobem to odłączenie zasilania. A tak naprawdę, bardzo interesujące
intro na bębnach, bębenkach i werblach. Intro, które trwa ponad trzy minuty,
jednocześnie wyczerpując swój limit gry. Potem jest już tylko fortepian i
żałośnie brzmiące skrzypce. Choć niezupełnie, jeszcze na końcu lider zespołu
wzbudził w nas niepokój – tym razem talerzami.
Realium V - przez długą, długą chwilę zastanawiałem się czy nie
zaśpiewa Artur Rojek. Na szczęście nie, a sam utwór zmienia swą
charakterystykę na zdecydowanie mi bliższą. Zawodzący bas (wah-wah), ciekawy
akompaniament gitary i oczywiście, gdy już traciłem nadzieję – skrzypce. I
nagłe zakończenie.
W Realium VI główny instrument (skrzypce) wdaje się w dyskusję ze
wszystkimi instrumentami i moim zdaniem mimo podchodów i ciekawych form,
przegrywa z perkusją (która schodzi ze sceny ostatnia). Choć bój wiedzie
zażarty – a może to tylko przekomarzanie się?
Realium VII to znów przepiękne, lecz zarazem niesamowicie smutne
skrzypce. Po dłuższej chwili na plan pierwszy wychodzi gitara basowa, choć
snów otaczają ją przetworzone skrzypce. A gdzieś w oddali, w lewym dolnym
kanale słychać Briana Eno. Na zakończenie przenosimy się do ciepłej i
słonecznej Holandii, a to za pomocą
Realium VIII, które od razu skojarzyło mi się z Robin Nolan
Trio. Wszystkie instrumenty współgrają, ale każdy z nich ma swoją
chwilę - i fortepian i klawisze i gitara i bas. To najbardziej jazzowy utwór
na całej płycie. Tempo się zmienia, każdy z instrumentów chce być przez tę
chwilę najważniejszy i każdemu się udaje. I tylko tulipany wyciągają się ku
słońcu.
Powtórzę. Jest smutno, chwilami bardzo smutno. Jest psychodelicznie i
nieszablonowo. Jest często niejazzowo (w tradycyjnym sposobie rozumienia
tego określenia). Jest cudownie, świetna odmiana w otaczającym nas zaklętym
kręgu nijakiej komercji, która nic a nic nie wnosi do naszego życia, a wręcz
przeciwnie - wiele nam odbiera. Odbiera nam wolę myślenia, słuchania,
pojmowania muzyki, rozmawiania z muzyką. Ecstasy Project Trio bardzo
realnie pozwala nam odetchnąć i choć przez te pięćdziesiąt minut przenieść
się do nierealnego Realium, gdzie czeka na nas Muzyka. Gdy zaś
czas się skończy, pozostaje nam... przenieść się tam z powrotem. Tobiasz "Anorak" Koprowski
32) Wywiad z Rafałem Gorzyckim dla Gazety Wyborczej
G.W. (3.10.2006)
"Przełom
nastąpi w Europie"
Mówi się o nich, że są
największą nadzieją polskiego jazzu i że przewodzą pokoleniowej zmianie
warty na krajowej scenie. Doceniono ich także w Wielkiej Brytanii, gdzie
debiutancki album trafił do pierwszej dziesiątki zestawienia najważniejszych
płyt awangardowych 2005 roku. We wrześniu wydali drugi album "Music For
Umbrellas".
Łukasz Warski: Herbie
Hancock powiedział przy okazji jednej z wizyt w naszym kraju, że polscy
muzycy są świetnie wyszkolenie technicznie, ale stoją w miejscu, tkwią w
tradycji. Czy Sing Sing Penelope jest swego rodzaju przeciwieństwem tego
typu postawy?
Rafał Gorzycki,
perkusista Sing Sing Penelope: Dokładnie powiedział, że nie rozumie, czemu
tak wybitni instrumentaliści wciąż nagrywają standardy i nie poszukują
nowego języka. Przypomniałem tę wypowiedź podczas wywiadu o przyszłości
jazzu, ale nie tylko w Polsce. Sądzę, że jazz będzie żył, póki będą twórcy,
którzy szukają nowych rozwiązań. I w tym kontekście muzycy Sing Sing
Penelope - czyli my (śmiech) - chcemy znaleźć nasz własny język. Jesteśmy w
drodze. Nie wiemy, dokąd trafimy. To spore ryzyko, ale nie chcemy iść
wydeptanymi ścieżkami. Możemy zabłądzić, ale możemy też dojść na dziewicze
tereny. Sama ta muzyczna podróż jest piękną przygodą.
Co jest zatem
najważniejsze dla muzyków jazzowych - poza talentem oczywiście? Umiejętności
techniczne, intuicja czy doświadczenie? To jest ważne pytanie.
Ostatnio czytałem felieton Lecha Borowca o tym, co powoduję, że jeden muzyk
jazzowy jest ikoną, a inny nie. Myślę, że to jest podobne pytanie, bo dotyka
istoty... Odsyłam do "Diapazonu". W moim odczuciu ważna jest świadomość. Co?
Dlaczego? Po co? To jest zagadnienie, które powinno być obowiązkowe na
zajęciach w szkołach muzycznych. Jaki ma być twój przekaz? Z czym się
identyfikujesz? Odpowiedzi pomagają w byciu autentycznym, a to w jazzie jest
niedoprzecenienia. Mówisz - talent... Wcale nie talent - utalentowani ludzie
często przez to są leniwi i nie walczą, ale doświadczenie już tak.
Przychodzi razem z dojrzałością, która też jest ważna. Poza tym to, od czego
nikt nie ucieknie: praca, praca...
Wasz debiutancki album "Sing
Sing Penelope" znalazł się w pierwszej dziesiątce najlepszych awangardowych
płyt zeszłego roku wg londyńskiej stacji Last FM. Media określają was jako
największą nadzieję polskiego jazzu i formację, która jest odpowiedzialna za
zmianę warty na krajowej scenie muzyki improwizowanej. Jak przyjmujecie tego
typu sformułowania?
- Z dystansem. Ktoś coś
napisze, ktoś przedrukuje. My wiemy, gdzie jesteśmy, na jakim etapie. To
oczywiście bardzo miłe. Każdy twórca jest trochę próżny. Fakt, że jest dużo
jazzu młodego pokolenia wysokiej próby i to cieszy. Jeśli ktoś uważa, że i
my się do tej grupy zaliczamy i o tym pisze, to cieszy podwójnie. Ale
najlepsze lata są przed nami.
Powiedziałeś, że granie
koncertów to rodzaj psychoterapii. Dla ciebie czy dla publiczności?
- Miałem na myśli siebie.
Tak działa na mnie cała muzyka. Nie tylko kiedy gram. Kiedy słucham płyty
lub jestem na koncercie podobnie. Sądzę, że bez muzyki w moim życiu byłbym
dużo trudniejszym i zaburzonym człowiekiem. Ta forma zapomnienia, radości,
ekstazy, duchowości, rzeczywiście jest dla mnie rodzajem terapii.
Drugim twoim
najważniejszym przedsięwzięciem jest Ecstasy Project. Czy jest to odskocznia
od Sing Sing Penelope?
- W Sing Sing Penelope
nie ma lidera, w Ecstasy Project jest. Ja nim jestem. To podstawowa różnica,
która ciągnie za sobą lawinę innych. Mówiłem o idei i przekazie. W Ecstasy
Project świadomie poszedłem w innym kierunku. Głębokiej liryki, spokoju.
Przygotowuję trzecią płytę i będzie to już muzyka z pogranicza współczesnej
kameralistyki i jazzu rodem z ECM czy Blue Note. Inna bajka.
Wśród swoich inspiracji
wymieniacie między innymi Milesa Davisa. W czwartek minęła 15. rocznica jego
śmierci. Jak oceniłbyś jego wpływ na muzykę, nie tylko jazzową?
- Rzeczywiście. To już 15
lat. Pamiętam, że kiedy dowiedziałem się o śmierci Davisa, to się
popłakałem. Serio. Miałem 16 lat i postanowiłem grać z Milesem. Zacząłem
uczyć się angielskiego, więcej ćwiczyć. No, ale nie zdążyłem... To jasno
pokazuje, jak duży wpływ miała na mnie muzyka Davisa. Teraz brakuje kogoś,
kto pociągnie jazz do przodu, jak Davis kiedyś to uczynił. "Bitches Brew" to
krok milowy. Są próby artystów w USA, ale moim zdaniem przełom nastąpi w
Europie. Niebawem. W przeciągu 10-15 lat.
30) Recenzja albumu Sing Sing
Penelope
"Music for Umbrellas"
Machina (12.2006)
Jazz żyje i ma się dobrze! Przynajmniej w przypadku bydgoskiej grupy, która bezpretensjonalnie porusza się w jazzowym idiomie - jest mocno osadzona w tradycji, ale nowoczesna. Nie ulega nowinkom, nie schlebia gustom, nie robi rewolucji. Kreatywnie ciągnie wątek elektrycznego jazzu, doprawia go brzmieniami o postrockowej proweniencji i psychodelicznym transem. Grają świeżą, bogatą w kunsztownie rozłożone detale i zmysłowe brzmienia muzykę, bez patetycznego eklektyzmu.
Powściągliwość instrumentalistów, hipnotyczne pętle, kolorystyczne smaczki, melancholijne dęciaki i ambientowy oddech budują duszną, oniryczną atmosferę i wciągają słuchacza w wielobarwny, filmowy klimat. Napięcie skacze w (nielicznych) bardziej drapieżnych solówkach. Joanna Wojdas
33) Recenzja albumu Sing Sing
Penelope
"Music for Umbrellas"
Independent.pl (11.08.2006)
Jazz dla smaku.
Wyrafinowany, ale jakże przystępny. Smak kontynentalny, momentami nieco
ekscentryczny i eksperymentalny. Jednak zadowoli miłośników klasycyzmu,
jazzowej wirtuozerii. Szału uniesień, co da się ujarzmić skomplikowaną
konstrukcją.Taka właśnie jest nowa
płyta bydgoskiego kwintetu Sing Sing Penelope. "Music for umbrellas" to
hybryda improwizacji oraz oczywistych wyznaczników gatunku, posadowiona w
świecie popkultur, a więc łatwiejsza. Bardziej przystępnie zagrana- obyło
się bez hałasowania, rozbuchanego melodramatyzmu czy mistrzowskich popisów.
Muzyka hipnotyzuje swoją swobodą, brakiem nakazów i przedziwną logiką
konstrukcji, która wciąż daje poczucie lekkośći i motyli w brzuchu.
Do yassowych standardów
pododawane są a to rozmyte ambienty i zdziczałe harmonie ("Chikens"), a to
improwiazje w stylu ugrzecznionych Pink Freud ("Fis & Love) a nawet podróże
sentymentalne na electroklikach w "La Couchete".
Muzyka dla parasolek
broni polskiego fusion zaciekle. Nie robi tego jednak krzykami, fanfaradami
czy sciekłym jaz(z)gotem. Zwycięża ot tak, bez zbytniego wysiłku, lekko i z
pomysłem. Wywołując przy okazji uśmiechy i przepastne oceany wspomnień, jak
to kiedyś było pięknie. Agata Woźniczka
34) Recenzja albumu Sing Sing Penelope
"Music for Umbrellas"
Jazz Forum (10/11.2006)
Czasami mam ochotę zabawić się w "futurologa" i napisać recenzję płyty przed jej wysłuchaniem. W wielu przypadkach miałbym dość dużą szansę, by moje "proroctwa" pokryła się z rzeczywistością. Jednakże w odniesieniu do nowej muzyki Sing Sing Penelop byłby to daremny trud i całą pracę diabli by wzięli. Nuty uwiecznione na "Music for Umbrellas", w porównaniu z debiutanckim albumem zespołu, są lepiej poukładane, mniej jest żywiołowego spontanu, więcej dyscypliny i powściągliwości, a jednocześnie twórczość kapeli nie straciła na emocjonalności. Konstrukcje poszczególnych utworów są bardziej wyważone, sposób budowania napięć - dojrzalszy.
Dużo jest w nowej muzyce SSP spokoju, przestrzeni, refleksyjności, oszczędnych, wysmakowanych planów instrumentów elektronicznych (SSP to kolejny zespół w którym dołąsk powracają stare, dobre brzmienia analogowych syntezatorów, oragnów, elektrycznego pianina), ale są też konkretne, motoryczne groovy, mocne riffy instrumentów dętych i spora dawka dobrej energii.
Nie są to zmiany szokujące, ale wypada zauważyć, że w przypadku zespołów szukających inspiracji w muzycznie buzujących latach 60. i 70. ochota do radykalizacji, czy wręcz anarchizacji muzyki bywa przemożna.
Sing Sing Penelop idzie inną drogą, zachowując przy tym ciągłość stylistyczną. Bywa też, że zespoły stosujące elektroniczne instrumentarium oraz rockowe struktury rytmiczne z czasem coraz bardziej zaczynają grawitować w stronę rocka, upraszczają formę, a improwizacja zaczyna przegrywać z tym co ściśle ustalone. Także w tych elementach, z jazzowego puktu widzenia, SSP idzie w stronę rozwoju, nie redukcji.
Natomiast "Music for Umbrellas" postrzegana jako całość zdradza, tak mi się wydaje, "frakcyjność" wewnątrz zespołu. Debiutancki album przyniósł materiał dość jednolity, teraz pomysły zmierzają w różnych kierunkach, co owocuje eklektyzmem. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że Rafał Gorzycki i Patryk Wecławek grają również zupełnie inną muzykę w Ecstasy Trio. Zespół ten chyba od jakiegoś czasu ugrzązł w niemożności dalszej realizacji i teraz Gorzycki i Wecławek "wkładają" elementy estetyki Ecstasy Trio do muzyki granej przez Sing Sing Penelope (czego na pierwszej płycie SSP nie było).
Tendencja ta nie ma jednak wymiaru ogólnej zasady, lecz podlega silnym fluktuacjom "rozrywającym" stylistyczną spójność "Music for Umbrellas". "Rozrywanie" owo nie prowadzi jednak do destrukcji, nie jest drażniące, a przejścia między poszczególnymi patiami są płynne i przekonujące. Najlepszym przykładem w tym względzie jest 10-minutowa suita "Fis & Love", ze znakomitymi, przetwarzanymi elektronicznie partiami skrzypiec Sebastiana Gruchota (czemu tylko w tym jednym utworze?!).
Na przeciwnym biegunie eklektycznego rozwichrzenia jest kończący płytę utwór "Summa musica", w którym zespół uraczył słuchaczy porcją dość nieporadnego sonoryzmu o ambientowym posmaku, który trzydzieści lat temu rzuciłby gawiedź na kolana, a i dzisiaj być może sprawdza się na koncertach, na płycie jawi się jednak dość infantylnie.
O głównym nurcie albumu decydują jednak takie utwory, jak ballady "Chickens" (z solem Jachny, który inteligentnie, bez cienia epigonizmu, czerpie z Tomasza Stańki) i "La couchette", soczysty "Black Minority", który jako żywo przywodzi na myśl dokonania Pharoaha Sandersa (świetne, potężnie brzmiące partie Glazika), czy pulsujące napięciami "Walce bydgoskie", a więc utwore o stricte jazzowym, akustycznym charakterze, w których instrumenty elektryczne i elektroniczne (grający jak zwykle z wyczuciem i inteligencją jedynie celne i ważone dźwięki Daniel Mackiewicz) stanowią jedynie subtelne, nie wybijające się, choć istotne dopełnienie.
"Music for Umbrellas", mimo uwag, to znakomita płyta. Jeżeli zespół nie straci zapału i weny jego przyszłość będzie malować się nader interesująco. Robert Buczek
35) Recenzja koncertu Sing Sing Penelope
Kraków - Klub Re (03.10.2006) ikrakow.com
"Lubię takie Poniedziałki, czyli Sing Sing Penelope w Re"
Bydgoska formacja jest
właśnie świeżo po wydaniu swojej drugiej płyty „Music For Umbrellas” i
koncert w klubie Re odbył się w ramach promocji tego wydawnictwa. Muzycy
Sing Sing Penelope do perfekcji opanowali już umiejętność budowania utworów
od ciszy przez pełne energii rozwinięcia do ponownego uspokojenia.
Reguła ta
stała się dość przewidywalna, ale na koncertach sprawdza się bezbłędnie,
szczególnie w obszarze, który obrała do penetracji Penelopa. Utwory zespołu
w swoim klimacie przypominają momentami ścieżki dźwiękowe do filmów
sensacyjnych z przełomu lat 70tych i 80tych, przez co ich dramaturgia
przywodzi na myśl skojarzenia z napięciem adekwatnym dla filmowej fabuły.
Penelopa wpisuje się w nurt jazzu
skupionego głównie na klasycznej strukturze temat-improwizacje-temat.
Szczerze mówiąc brakowało mi w trakcie koncertu pokręconych i pełnych
przedęć improwizacji Tomasza Glazika znanego też z 5 Syfon.
Miejsce to
wypełniły głównie melodyjne partie solowe Wojciecha Jachny na trąbce i dość
efektowne solo Rafała Gorzyckiego grającego w Penelopie na bębnach lidera
formacji Ecstasy Project. Do tego wszystkiego pikanterii dodały bezbłędne w
swoim brzmieniu, przesterowane organy Fender Rhodes obsługiwane przez
Daniela Mackiewicza. Było coś pogańskiego w grze Mackiewicza, co
potraktowałem jako rekompensatę za lekką sceniczną nieobecność Glazika.
Na
koncert przyszło, co prawda zaledwie kilkanaście osób, ale za to wypełniły
przestrzeń zaczepnymi tekstami pod adresem zespołu. Jachna odpowiadał na nie
wdzięczną autoironią garbiąc się nad mikrofonem w przerwach między utworami.
Niech żyje interakcja. Kameralność ma jednak swoje zalety.
36) Recenzja albumu Sing Sing Penelope
-Music for Umbrellas- "Dziennik" (11.08.2006)
Sing Sing Penelope to dziś największa nadzieja
polskiego jazzu. Pierwsza płyta stanowiła próbkę elektrycznego jazzu z lat
70.
Najnowsza " Music for Umbrellas" , to udane połączenie tamtych brzmień z
klubową oraz rockową awangardą. Nie ma jednak mowy o schlebianiu masowym
,tanecznym gustom. Zespół kontynuuje raczej eksperymenty z rytmem zaczęte
przez Mlesa Davisa w okresie " Bitches Brew".
Hipnotyczne pętle,
zmysłowe pogłosy oraz kolorystyczne czary klawiszowca Daniela Mackiewicza
znakomicie współgrają z akustycznymi improwizacjami. Trudno jednak oprzeć
się wrażeniu, że Sing Sing Penelope najlepsze ma jeszcze przed sobą.
Michał Mendyk
37) Recenzja albumu Sing Sing
Penelope
-Music for Umbrellas-
"Nowa Muzyka" (09.2006)
Rozpoczyna się niepozornie, przestrzennie,
muzycy zdają się stroić swoje instrumenty, tak aby najlepiej nastroić
słuchacza: kreślą dla niego garść delikatnych dźwiękowych szkiców. To z nich
właśnie, na przestrzeni kilku następnych minut powstaną struktury z chwili
na chwilę spójniejsze, a później już: konkretne. Mniej więcej w ten sposób
swoją nową płytę rozpoczyna bydgoski kwintet Sing Sing Penelope, mocno
związany ze sceną kultowego Mózgu, a co za tym idzie, mający również yassową
przeszłość. Tak jak jednak yass starał się szukać wąskich, mniej znanych
ścieżek jazzu, tak „Music For Umbrellas” zdaje się eksplorować główny nurt
gatunku, gdzieniegdzie tylko zdobiąc go mniej lub bardziej zaskakującymi
nutami. Dla smaku.
Słuchając tej płyty bliski jestem postawienia hipotezy, według której
yass stanowi jedynie formę przejściowa, będąca którymś z kolei punktem
artystycznego dojrzewania muzyków tworzących ten nurt. Wygląda bowiem na to,
że bliski tradycyjnym formom jazz dla parasolek jest znacznie bardziej
interesujący, bywa do granic porywający, został również znakomicie zagrany i
zrealizowany. Nie bez powodu ubiegłoroczna, debiutancka płyta SPP uznana
została przez Last.fm za jedną z najlepszych tego rodzaju produkcji na
świecie. „Music For Umbrellas” sprawia podobne wrażenie – tymi dźwiękami bez
żadnych kompleksów możemy się chwalić na zachodzie, podobną pulsację,
nowo-jazzową elektrykę znajdziemy w twórczości tak cenionych dziś składów
jak Wibutee (Norwegia) czy Triosk (Australia).
Co stanowi o sile tego materiału? Banalna odpowiedź – potencjał
kompozycji. Budowane według tradycyjnych jazzowych reguł porażają swobodą i
klimatem, posiadają również – jak się wydaje – nieograniczone możliwości
oblepiania ich improwizacjami. Muzykom SPP udało się więc zbudować
kunsztowne, pulsujące własną energią konstrukcje, znakomicie sprawdzające
się jako podstawa dla instrumentalnych dialogów i sprzeczek. Saksofon,
trąbka, flet, elektryczne pianino czy tabla toczą tu momentami zacięte i
twórcze boje, tak aby dojść ostatecznie do pełnego harmonii porozumienia,
gdzieś po drodze wprawiając słuchacza w najzwyczajniejszy na świecie
zachwyt. Gdy dodamy do tego momentalne, ambientowe naleciałości („Chickens”),
eksperymentalne odjazdy („Summa Musica”) bądź grę na skrzypcach zaproszonego
do sesji Sebastiana Gruchota („Fis and Love”), przyjdzie nam zazdrościć
parasolkom takiej muzyki.
Sing Sing Penelope stworzyli nieco ponad 50 minut muzyki, której odbiór
upaja, sprawia autentyczną przyjemność. Więcej – duch tego albumu przypomina
słynne nagrania z cyklu Polish Jazz, szczególnie te, które sięgały po
estetykę fusion. Nie mam wątpliwości, że postawiona obok nagrań choćby
legendarnego Laboratorium, muzyka dla parasolek wybroniłaby się bez
większego problemu. Czekamy na więcej, tymczasem puszczamy się w wir tego
świetnego materiału. Krzysiek Stęplowski
38) Recenzja albumu Sing Sing
Penelope
-Music for Umbrellas-
Onet (09.2006)
W życiu nie wpadłbym na to, że parasole słuchają takiej dobrej muzyki.
Patrzcie państwo, człowiek żyje z parasolem pod jednym dachem i tak mało o
nim wie.
Choć ich debiut fonograficzny to sprawa zaledwie sprzed dwóch lat,
początków Sing Sing Penelope doszukiwać się można w ubiegłym stuleciu, a
konkretnie w 1999 roku. W skład formacji wchodzą muzycy związani m.in. z
Variete, Mazzollem, Ecstasy Project Trio, Maestro Trytony, Kultem, Mordami
itp. itd. Choć lista to długa i personel wyszkolony jak rzadko, Sing Sing
Penelope nie wiedzieć czemu wciąż określa się mianem "jednej z
największych nadziei polskiego jazzu". W pozytywnym tym określeniu kryje
się pułapka, bowiem może ono sugerować, że jeszcze trzeba stosować wobec
nich taryfę ulgową, że są dobrzy jak na młodych. Nieprawda. Są dobrzy, po
prostu dobrzy.
Ze skomplikowanych arytmetycznych wyliczeń wynikło mi, że na przygotowanie
debiutanckiego materiału mieli aż pięć lat, a "Music For Umbrellas"
stworzyli w zaledwie dwa lata. Mimo to nowa płyta jest dużo bogatsza i
bardziej różnorodna od poprzedniczki. Więcej tu kolorów i więcej
kontrastów. Od subtelnych, ledwie słyszalnych bulgotów i szelestów ("Summa
Musica"), przez hałaśliwą frikową galopadę ("Fis & Love"), aż po plemienne
- i płomienne zarazem - afrykańskie rytmy w kulminacji "Black Minority".
Tytuł utworu pewnie zresztą wziął się od tych tam-tamów... Nie obraziłbym
się, gdyby Sing Sing Penelope rozwinęli w przyszłości te pomysły. Zresztą,
którychkolwiek by nie rozwinęli, będzie dobrze.
W końcu mamy do czynienia
z jedną z największych nadziei polskiego jazzu...
39) Recenzja albumu Sing Sing
Penelope
-Music for Umbrellas- Diapazon/Radio Kraków (09.2006)
Jakiś czas temu miałem okazję posłuchać
bardzo udanego koncertu. Wtedy do Andrychowa zjechała młoda bydgoska
formacja Sing Sing Penelope. Od tego momentu ze sporym zaciekawieniem
czekałem na nową płytę. I oto jest. "Music For Umbrellas"
Sing Sing Penelope to zespół założony w
Bydgoszczy w 2000 roku przez muzyków grających na stałe w ważnych polskich
formacjach jazzowych, awangardowych i postrockowych. Za swoją drogę obrali
połączenie własnych doświadczeń kreując nową i bardzo ciekawą stylistykę
jazzową. Po 3 latach twórczej pracy latem 2004 r. zespół nagrał swój
diebiutancki materiał."
Taki krótki biogram serwuje nam strona internetowa
zespołu. Obecnie w skład Sing Sing Penelope wchodzą: perkusista Rafał
Gorzycki, saksofonista Tomasz Glazik, trębacz Wojciech Jachna, pianista
Daniel Mackiewicz i basista Patryk Węcławek. A warto dodać jeszcze, że
Daniel Mackiewicz wywodzi się z legendarnej psychodelicznej formacji Variete.
I jeszcze to, że na płycie gościnnie zagrał skrzypek Sebastian Gruchot, a
jego rozgrzany do czerwoności występ w utworze "Fis & Love" to moim zdaniem
najlepsze solo ostatnich kilku miesięcy w polskim jazzie. I to chyba jest
właśnie dobry moment, aby powiedzieć kilka słów o płycie.
Jeżeli nasłuchaliście pochwał na temat Cinematic Orchestra i wrocławskiego
Skalpela, a z drugiej strony uważacie, że w gruncie rzeczy niewiele się
dzieje w tej muzyce spod znaku Ninja Tune... Jeżeli lubicie klimatyczny,
mroczny i odrobinę transowy jazz, przypominający trochę ścieżkę dźwiękową do
kryminału, proszę zaopatrzyć się w ten krążek. Sing Sing Penelope udowadnia,
że można twórczo rozwijać dorobek wypracowany w latach dziewięćdziesiątych
przez polską scenę jassową. Udowadnia też, że po trzydziestu latach ciągle
jest mnóstwo rzeczy do odkrycia w stylistyce, którą Miles Davis uprawiał w
latach siedemdziesiątych. I nie trzeba przy tym popadać w miałkie i
prowincjonalne fusion. Po trzecie zaś Sing Sing Penelope udowadnia, że
krwisty i klimatyczny jazz podlany elektronicznym sosem może smakować prawie
każdemu. Janusz Jabłoński (Radio Kraków)
40)
Wywiad w Radio Łódź
nagrany po koncercie SSP w "Łodzi Kaliskiej" (03.2006)
41) Wywiad z Rafałem Gorzyckim
"Dziennik krakowski" (05.2006)
Czy gracie jazz?
Zdecydowanie tak. Ale jazz to szerokie pojęcie. Istnieje wiele podgatunków
tego nurtu. Nasza muzyka ma jazzową harmonię, oparta jest na swingu i jej
istotną częścią są improwizacje. Nie jest to jednak klasyczny jazz.
Pozwalamy sobie na różne eksperymenty. Ale, jak powiedział Herbie Hancock,
"Muzyka jest tylko wtedy żywa, gdy się rozwija". Dlatego nie oglądamy się
wstecz, tylko robimy swoje.
Wasze nagranie znalazło się jednak na składance z muzyką elektroniczną
"Sleep Well" - wydaną przez wytwórnię Requiem Records.
Bo elektronika odgrywa ważną rolę w tym, co robimy. To jednak nie moja
zasługa. Odpowiadają za nią dwaj koledzy z zespołu Tomek Glazik i Daniel
Mackiewicz. Grają oni na starych, analogowych syntezatorach, które emitują
niesamowite brzmienia.
Wytwórnia Tone Industria, reklamując Waszą debiutancką płytę z ub. roku
pisała, że prezentujecie "transową rytmikę o klubowym charakterze".
To chyba za dużo powiedziane. Nie znam muzyki klubowej, bo jej nie
słucham. Bliższa mi jest stara elektronika, podana w akustycznym kontekście.
Ale faktem jest, że wraz z basistą Patrykiem Węcławkiem gramy silnie
transowe struktury rytmiczne. Może niektórym kojarzą się one z muzyką
klubową.
Recenzent "Jazz Forum" stwierdził z kolei, że odwołujecie się do
tradycji jazz-rocka.
Nie da się ukryć - widocznie ma dobre ucho. Decyduje o tym przede
wszystkim użycie basu elektrycznego przez Patryka. Ja też czasem pozwalam
sobie na prostsze groove`y, o ile takie są potrzeby aranżacyjne. Co prawda
uczyłem się grać, słuchając jazzowych perkusistów, ale ostatnio lubię
posłuchać Johna Bohnama z Led Zeppelin czy Stewarda Copelanda z Police. To
świetni muzycy.
Jesteście z Bydgoszczy. Na ile wasza muzyka wyrasta z rozkwitającego
tam w latach 90. "yassu"?
Wymyślenie tego terminu było jedynie świetnym posunięciem marketingowym,
którego autorem był Tymon Tymański. W rzeczywistości "yass" to młody i
trochę awangardowy jazz. Taka była energia Miłości, Łoskotu czy Maestro
Trytonów. Termin "yass" pozwolił im zaistnieć na skostniałej scenie jazzowej
i umarł z czasem śmiercią naturalną.
Jak powstają wasze utwory?
Nie ma wśród nas lidera, który przynosiłby na próby gotowe nuty. Każdy
daje coś od siebie. Często zarysy poszczególnych utworów rodzą się podczas
spontanicznych jamów.
Na ile ważna jest w waszej twórczości improwizacja?
Jest esencją i celem tego, co robimy. Lubimy fragmenty aranżowane, ale
najwięcej miejsca przeznaczamy właśnie na improwizacje. Nie są to jednak
dzikie popisy w stylu free - nasze utwory zawsze mają konkretny szkielet
rytmiczny i temat, które są bazą do swobodnych wypowiedzi poszczególnych
muzyków.
Nagrywacie właśnie nowy album. Czego się możemy po nim spodziewać?
Będzie bardziej dojrzały od debiutu. Popuściliśmy podczas pracy nad nim
wodze muzycznej wyobraźni. Choć może to wyglądać na paradoks, będzie na nim
zarówno więcej akustycznego, jak i elektronicznego grania.
rozmawial Paweł Gzyl
&
42) Recenzja płyty Ecstasy Project "Realium"
"Playboy" (06.2005)
Polski jazz stał się modny, ale wciąż wiele w nim do
odkrycia.Modę na jazz czuć dziś w Polsce na każdym kroku. Na szczęście nie
tylko w wypadku owych składanek starych przebojów, które opatrzone pieczęcią
„smooth jazz” rozchodzą się jak świeże bułki. Nasze gwiazdy gatunku – Tomasz
Stańko i Leszek Możdżer – biją na głowę w rankingach sprzedaży płyt
wykonawców pop. Pupilami modnej prasy lifestyle’owej są młode grupy łączące
jazz z hiphopem i elektroniką: Pink Freud, Robotobibok, Skalpel. Nawet
awangardowi improwizatorzy koncertują regularnie we wszystkich większych
miastach, a ich doroczny szczeciński festiwal Musica Genera należy do
najlepszych na świecie.
Paradoksem tej koniunktury jest fakt, iż najmniej
widoczni są ci artyści, którzy w zasadzie wytyczają główny nurt. Grają
bowiem rasowy jazz, nowoczesny, ale mocno osadzony w tradycji, a przez to
bardziej odporny, tak na schlebianie nowinkom, jak i masowym gustom. Czyżby
dlatego pozostawali w cieniu? Takich muzyków przecież nie brakuje, a o ich
impecie i potencjale najlepiej dają znać trzy ostatnio wydane albumy.
Album „Realium” tria Ecstasy Project przywołuje europejskie tradycje jazzu
lirycznego. Sekcja rytmicza i skrzypce kreują tu dobrze zintegrowane
brzmienie, które marzycielską elegancję a la ECM łączy z transowym nerwem.
Wyobraźmy sobie Jean-Luca Ponty skrzyżowanego z Soft Machine.
Muzyka jest
chwilami nieco przesłodzona, ale jej atutami są hipnotyczny koloryt i
rytmiczny nerw. Słychać, że zespołem dowodzi perkusista. Rafał Gorzycki
bębnił w zespołach bydgoskiej sceny yassowej, przeszedł fascynację funky.
Teraz jego doświadczenia doskonale równoważą się z melodyjnym zacięciem
skrzypka Łukasza Górewicza.….Każda z tych płyt jest inna, każda oryginalna
za sprawą lirycznego pierwiastka, który od zawsze określał smak
rozsławiający polski jazz. A klimat dla tej muzyki znów mamy równie
sprzyjający, jak w jej złotych latach 60. Artyści nie zawiedli, reszta
zależy już tylko od otwartych uszu słuchaczy. Rafał Księżyk
43) Recenzja albumu Sing Sing Penelope - Sing Sing Penelope
"Jazz Forum" (09.2005)
Niestety nie mogłem uczestniczyć w koncercie "Młody Polski Jazz"
podczas tegorocznej edycji Warsaw Summer Jazz Days. Żałuję, bo mniej
więcej od połowy lat 90. trwa na polskiej scenie konstruktywny ferment i
co rusz pojawiają się zjawiska interesujące, niezdolne, co prawda,
zrewolucjonizować oblicza rodzimej muzyki improwizowanej, mogące jednak
wnieść znaczący wkład w jego odświeżenie.
Siła tak zwanej sceny yassowej polegała niegdyś, pomimo mnogości
inspiracji, przede wszystkim na kreatywnym odczytaniu ducha amerykańskiej
muzyki lat 60. Debiutujące obecnie zespoły (swoją drogą wielu spośród ich
członków stanowiło niegdyś drugoplanowe postaci środowiska skupionego wokół
bydgoskiego klubu Mózg) chętniej odwołują się do modelu jazzu eklektycznego,
otwartego na wpływy rozmaitych, mniej lub bardziej popularnych gatunków, ze
szczególnym wskazaniem na estetykę progresywnej muzyki klubowej. W
twórczości Pink Freud czy Robotobiboka jazz staje się więc jednym z wielu
składników wielobarwnej stylistycznej mozaiki, rzadko tak naprawdę
najistotniejszym.
Niemniej interesująco wypadają artystyczne poczynania takich zespołów jak
Sing Sing Penelope czy Chromosomos (uczestnicy wspomnianego koncertu),
którym nie chodzi o poszukiwanie oryginalności poprzez przełamywanie granic
jazzu, lecz raczej o znalezienie własnego miejsca w obrębie istniejących już
kanonów. Nie przez przypadek odwołują się obie formacje, choć w bardzo różny
sposób, do tradycji jazz-rockowej. Podobnie jak klasykom lat 70. chodzi im
bowiem o wzbogacenie jazzu elementami innych stylów bez zatraty jego
brzmieniowej tożsamości.
Debiutancka płyta Sing Sing Penelope - grupy kierowanej przez perkusistę
Rafała Gorzyckiego (związanego wcześniej z formacjami środowiska yassowego)
- zaskakiwać może swym stylistycznym konserwatyzmem, zwłaszcza słuchaczy
zwabionych marketingową etykietką "transowego jazzu elektronicznego z
elementami nowoczesnej muzyki klubowej i elektronicznej".
Album stanowi w gruncie rzeczy znakomitą warsztatowo i wiarygodną
artystycznie próbę zmierzenia się z klasycznym idiomem jazz-rockowym.
Dominują rozbudowane utwory rozwijające się wokół solowych popisów
poszczególnych muzyków. W improwizacjach daje o sobie znać skłonność do
łączenia krótkich, wyrazistych fraz, często zapętlonych wokół pojedynczych,
sugestywnych motywów. Pojawiają się więc momenty transowego uniesienia,
wyrastające jednak nie z elektronicznego minimalizmu, lecz z tradycji
elektrycznego jamu.
Oblicze stylistyczne albumu wzbogacają znacząco improwizacje saksofonisty
Tomasza Glazika. Ekstatyczne brzmienie jego tenoru w sposób intrygujący
kontrapunktuje bardziej zwarty i chłodny styl wypowiedzi pozostałych
muzyków. Najciekawszą osobowością wydaje się jednak klawiszowiec Daniel
Mackiewicz. Mroczny, zarazem niezwykle bogaty styl harmoniczny, sprawia, że
jego solówka w "Hosannie" należy do najciekawszych momentów albumu.
Propozycja Sing Sing Penelope zainteresować może nawet najbardziej
wymagających fanów klasycznego jazz-rocka, jednak wielbiciele nurtów
progresywnych poczuć się mogą rozczarowani. Michał Mendyk
44) Recenzja albumu Sing Sing Penelope
"Sing Sing Penelope"
"UNI" (Praha ,06.2006)
Debiutowe nagranie bydgoskiego zespołu Sing Sing Penelope o tym samyum tytule
powstała po 2 latach jej istnienia. Sing Sing Penelope powstali z yassowej grupy Jaskinia, początkowo pod
wpływem jazzrocka lat 70., stopniowo jednak przyjmującej szersze spektrum
wpływów od elektronicznych fuzji, psychodelii aż do free jazzu.
Po rozszerzeniu i zmianach personalnych skład pod kierunkiem doświadczonego
perkusisty Rafała Gorzyckého ustabilizował się w postaci: Daniel Mackiewicz
– elektryczne pianino i analogowy syntezator, Tomasz Glazik – tenor a
baryton saksofon, syntezator, Wojciech Jachna – trąbka i Patryk Węcławek –
gitara basowa i perkusja.
Sing Sing Penelope w muzyce
poruszają się na krawędzi dzikości i spokoju, przy czym we wspólnych
pasażach „free“ są wyraźnie silniejsi i bardziej przekonujący. Utwory są
ustrukturyzowane w dwóch stylowych pozycjach: dynamiczne freejazzowe pasaże,
w których brzmią saksofonowe sola Tomasza Glazika, wyraźnie przeplatają się
z bardzo spokojnymi partiami osobnych instrumentów. Po wspólnych,
dynamicznych wejściach następują długie, zlewające się solowe pasaże, w
których dominuje zgranie gitary basowej i elektronicznych organów
(Hosanna) a ich sola ewokują wczesne Soft Machine z Robertem Wayettem
(Kabunga).
Zgranie instrumentów dętych w przeciwieństwie do tego pozwala
przypomnieć sobie okres freejazzu a w luźniejszych, melodyjnych pasażach
nawet liryczne odwołanie do Krzysztofa Komedy. Istotną rolę gra w muzyce
grupy elektronika, która jej brzmienie odróżnia od brzmienia tradycyjnego
jazzowego kwintetu. Jej wykorzystanie jest jednak raczej minimalistyczne –
Mackiewicz z Glazikiem tworzą ciche elektroniczne ściany podkreślające
solowe pasaże. Grupa jest dzięki temu zdolna do grania tak na festiwalu
czysto jazzowym, jak na festiwalu muzyki elektronicznej, co świadczy o
umiejętnościach muzyków oraz potencjale wspólnej improwizacji, która w
wystąpieniach na żywo gra zasadniczą rolę.
Połączenie purystycznej
elektroniki z akustycznym jazzem wskazuje sensowną drogę pozbawioną
radykalizmu, nie pozostającą jednak przy epigońskim powtarzaniu i tworzy
niezależne wyobrażenie na temat współczesnego jazzu. Karel Kouba
45) Wywiad z Rafałem Gorzyckim i SSP
"Fluid" (06.2005)
Kilka słów na temat historii Sing Sing Penelope?
Daniel Mackiewicz: Zaczęło się od projektu Konrad
Wallenrod. Graliśmy wtedy w lokalnych klubach. Potem zaczęło się to
rozrastać, teraz budujemy sieć marketingową (śmiech)
Ale jakieś cele pozabiznesowe też chyba macie?
DM: Jako cele pośrednie w zasadzie, nie bawimy się w
zbędne idee. Ok., poważnie – zespół powstał około 4-5 lat temu. Wcześniej
występowaliśmy w różnych składach i teraz też w różnych się udzielamy. Ważna
rzecz – niedawno wydaliśmy płytę.
Rafał Gorzycki: Gdzieś w 2001 roku nagraliśmy album
jako Jaskinia. Jednak gitarzysta (współzałożyciel wraz z Danielem i
Patrykiem) wyłączył się ze składu i to jakby zablokowało możliwość używania
nazwy Jaskinia. Trudno nam wydać ten album, a to ciekawy materiał – gra tam
Andrzej Przybielski na trąbce i Janusz Zdunek. Ciężko nakłonić wydawcę, do
wypuszczenia płyty zespołu, który nie istnieje i nie jest to zespół jakichś
gwiazd.
A co z Ecstasy Project?
RG: Esctasy Project nagrało drugą płytę, która lada
dzień będzie mieć swoją premierę.
Równolegle prowadzisz oba projekty?
RG: Ja nie jestem liderem Sing Sing Penelope. To zespół
bez lidera sensu stricto – kompozytora, który przynosi gotowe kawałki.
Pomysły rodzą się przeważnie na próbach, przerabiamy je wspólnie i rodzą się
z tego utwory. Jeśli chodzi o Ecstasy Project, to druga płyta jest cała
skomponowana przeze mnie. W jej nagraniu brał udział świetny skrzypek –
Łukasz Górewicz, ale ze względów osobistych musiał się z projektu wyłączyć.
Zastąpił go flecista – Tomek Pawlicki (gram razem z nim w Maestro Trytony).
Będę więc promował płytę z innym składem, niż ten, który ją nagrał.
Powiedziałeś kiedyś: „Escstasy Project to droga w
harmonię i spokój, odskocznia od awangardy”
RG: To prawda. Ja od czasu osiągnięcia jakiejś
dojrzałości muzycznej grałem z Maestro Trytony Tomka Gwincińskiego, który
jest dla mnie awangardowym muzykiem (to stwierdzenie zupełnie poza oceną
wartościującą). Np. sposób prowadzenia koncertu jest dla mnie dosyć
nietypowy – gramy jakiś repertuar, a on nagle mówi: „panowie, teraz głupia,
szybka bossanova”, albo jest zgiełk i za chwilę ballada na ¾. To dość
dezorientujące. A ja już wtedy dużo słuchałem ECM i zapragnąłem grać muzykę
bardziej melancholijną, kontemplacyjną. Wtedy pojawiła się idea Ecstasy
Project. Stworzyłem dla siebie taki obszar, który wolny był od tej
agresywności, nieprzewidywalności.
Inna sytuacja jest z Sing Sing Penelope. Tu podoba mi
się to, że nie ma tu twardego lidera. W Maestro jest nim Tomek, w Ecstasy –
ja, a w Sing Sing panuje demokracja. Mówi się, że muzyka nie toleruje
demokracji i ja jako lider częściowo się z tym zgadzam, ale akurat w tym
zespole jest to walor. Dzięki temu jest dużo przestrzeni, dużo inspiracji,
które nie są blokowane przez lidera – choć oczywiście miewamy nawzajem do
siebie jakieś uwagi. Ale zasadniczo jest to pięciu ludzi, którzy razem
tworzą. Nikt nie narzuca swojej koncepcji. Każdy ma duże doświadczenie,
inspiracje, ta muzyka jest otwarta.
Przywiązani jesteście do fusion lat 70. - Davis,
wczesne Weather Report i przede wszystkim Soft Machine – mam rację?
Patryk Węcławek, RG, DM: Tak! Soft
Machine, Weather Report, Davis z DeJohnettem i Hollandem – 10 punktów za strzał!
Rafał, o ile wiem
DeJohnette jest ci szczególnie bliski
RG: Tą miłością w jakimś stopniu zaraził mnie Piotr
Biskupski – mój były nauczyciel perkusji.
DeJohnette jest tak melodyjnym i
muzykalnym perkusistą, że to niemal harmoniczny akompaniator. Niesamowicie
potrafi kolorować na perkusji nie porzucając przy tym rytmu. Ogromnie cenią
jego twórczość dla ECM. Generalnie bardziej mnie to fascynuje niż
amerykańska scena – poza tym okresem, kiedy nagrywał Coltrane, czy Davis z
drugim kwintetem, czy potem z
DeJohnettem i Hollandem (to w ogóle dla mnie dwa topowe składy
jazzowe). To co wydaje ECM – właśnieDeJohnette i Holland, Abercrombie, czy Bass Desires – to świetne
składy, często artystów amerykańskich, którzy jednak dużo ciekawszą i
bardziej inspirującą muzykę nagrywali w Europie.
Macie swój wzór, ideał muzyka?
RG: To nie jest taka prosta sprawa. W momencie kiedy
ktoś urasta do rangi ideału, to próbujesz go usilnie kopiować. Ja byłem w
DeJohnette, ćwiczyłem jak
cholera, ale nie mogłem nim się stać. Jestem biały, mieszkam w Polsce, w
Bydgoszczy i nie ma sensu nikogo kopiować. Inspiracje jest ważna, ale trzeba
w tym wszystkim znaleźć siebie. A jakbym miał wskazać wzór perkusisty, to
byłoby to połączenie DeJohnetta,
Tony Williamsa i Ala Fostera.
PW: Pewnie - kocham Hollanda. Ale też basistów z
jakichś odjechanych grup - choćby Brand X, gdzie przepięknie grał Parcy
Jones, lubię go bardziej niż Pastoriusa. Ale ja nie spalam się koniecznie na
basistów. Ważny jest Shorter, Mike Ratlegde
MD: Mike Ratlegde przede wszystkim! A z bardziej
klasycznych, akustycznych pianistów – ogromnie lubię McCoya Tynera. Jako
ważną inspirację wskazałbym też Charlesa
Moffetta perkusistę Ornette`a Colemana.
Tomasz Glazik:
Zdecydowanie Coltrane.
A co powiecie na współczesne neo-fusion, choćby to, co
robił Isotop 217?
RG: Nikt z nas nie zna dogłębnie tej sceny. W zasadzie
to zetknęliśmy się z nią dzięki Robotobibokowi. Przez nich poznałem Chicago
Underground czy właśnie Isotop 217. Dla mnie to nigdy nie była inspiracja. W
tych chicagowskich zespołach brakuje mi ewidentnego solisty – takiego w
typie Coltrane’a.
Ale u was też go w zasadzie nie ma. Nie ma tu stałego
harmonicznego podkładu będącego tłem dla solistycznych popisów, wyrazistego
podziału na akompaniament i solistę.
TG: A dla mnie jest - ja gram z solistycznym zacięciem,
żywiołem.
RG: Użyłeś słowa „popisy”. Nie o to w grze solowej
chodzi. Solista, który się popisuje jest solistą w tym najbardziej
negatywnym znaczeniu, katowicko-jazzforumowym - to oczywiście uproszczenie,
bo i w tym środowisku są fajni muzycy.
(w innym momentach naszej rozmowy jeszcze trochę
dostało się naszemu jazzowemu establishmentowi, np. „Tacy muzycy, jak choćby
Bill Frisell, Dave Douglas - kolesie, którzy w „Downbeacie” przez lata byli
na pierwszym miejscu w swoich kategoriach instrumentalnych - przez wielu
polskich jazzmanów są zupełnie pomijani. Ja akurat byłem w szkole na
Bednarskiej i szokuje mnie, że tam wszyscy słuchają dużo muzyki, jazzu, a w
ogóle ignorują płyty Frisella, Douglasa czy nawet Steve’a Colemana –
przynajmniej tak było, jak ja się tam uczyłem”)
DM: Wracając do twojego pytania - fakt, że nasza muzyka
nie jest oparta na schemacie: temat-solówka-temat-solówka-temat. Jest
zbudowana z takich klocków, które sobie składamy, przesuwamy. Dlatego wymyka
się stereotypowo pojętemu jazzowi.
Tak czy owak, jest to muzyka o wiele bardziej
harmonijna, poukładana niż którykolwiek z projektów z udziałem Petera
Friis-Nielsena. Dlatego zdziwiła
mnie twoja (Rafała) współpraca z nim i innymi duńskimi awangardzistami. Znam
tego artystę z projektów z Trzaską czy Brotzmannem, widziałem go też kilka
lat temu w Danii, na koncercie z Ghost-in-the-Machine i Evanam Parkerem. To
muzyk podchodzący do instrumentu bardzo intuicyjnie, totalnie free. Taka
ekspresja też jest ci bliska?
RG: To ciekawa historia. Udzielałem się kiedyś w
zespole 3 Metry. Na drugą płytę nagraliśmy materiał mniej więcej pomiędzy
Stevem Colemenem, a Ronaldem Shannonem Jacksonem. To było w 97 roku, w
Szczecinie. I Łukasz Górewicz, który też z nami grał powiedział, że jest
ciekawy koncert minimalistycznych muzyków z Danii. Wybraliśmy się i
strasznie nam się spodobała ta muzyka. Po koncercie do nich podeszliśmy,
powiedzieliśmy, że nagrywamy płytę i ktoś rzucił – „może wejdziecie z nami
do studia, nagramy jakiś improwizowany set”. Byliśmy bardzo młodzi – ja
miałem 21 lat, skrzypek z 16. My graliśmy swoje, a oni swoje. Czyli my –
ostre, nieparzyste fusion groove’y, a oni – jakiś zupełnie atonalny minimal.
I to zostało uwiecznione na płycie. Dwa zupełnie różne fronty, które
równolegle pracują, ale jakoś, na swój sposób się to łączy. Ja niestety
wtedy nie byłem w stanie złapać z nimi interakcji, ale kiedy teraz słucham
tych nagrań, to ma to dla mnie zupełnie inną jakość - przez to, że jestem o
te parę lat starszy. To bardzo ciekawy materiał - 48 minut, świetnie
zmasterowany. Jest to jednak tak dziwna i ekstremalna płyta, że nikt nie
chciał jej do tej pory wydać, a wysyłaliśmy w najróżniejsze miejsca.
rozmawiał Łukasz Iwasiński
46) Recenzja albumu Maestro Trytony "Heart Of Gold"
Gazeta Wyborcza (26.12.2004)
To właśnie Tomasz Gwinciński (Miłość, Arhythmic Perfection, Łoskot), lider i założyciel zespołu
Maestro Trytony, produkował pierwsze nagrania Robotobiboka - młody wrocławski zespół odnalazł w
doświadczonym animatorze sceny yassowej przyjazną opiekę. Jednak porównywanie ostatnich płyt tych
artystów może okazać się zabiegiem ryzykownym, bowiem jeśli "Nawyki przyrody" Robotobiboka są pod
wieloma względami propozycją bardzo spójną, to album "Heart Of Gold" powracającej po latach formacji Maestro
Trytony jest jej przeciwieństwem.
Gwinciński pozostaje dla mnie jednym z największych erudytów sceny postyassowej, muzykiem, który - wychowany
na Led Zeppelin i Deep Purple - śmiało i bez kompleksów wkroczył na scenę jazzu, awangardy i muzyki
współczesnej. Jego dźwiękowy tygiel przy każdym spotkaniu eksploduje: wymyka się wszelkim kategoriom,
inspiruje, wyprzedza o kilka długości konkurencję. Na "Heart Of Gold" słychać ogromną wyobraźnię i zmysł
kompozytorski Gwincińskiego tworzącego swój własny świat dźwiękowy, w którym równie ważny jest Ives, Strawiński,
Frith czy Zorn.
Album rozpoczyna się od iście kameralnego "Q.R.G." stanowiącego rodzaj prologu do dalszych dźwiękowych
obrazów, w których brzmienie szpinetu i fletu Tomasza Pawlickiego miesza się z gitarową fuzją avant-jazzu
i rocka lidera. Są na tej płycie fragmenty niedające mi spokoju - "Magic Tiara Part 2" zbudowany na hipnotycznym,
repetytywnym podkładzie gamelanu oraz debussy'owska kantylena fletu w "Heart Of Gold". To tylko dwa przykłady - z
każdym kolejnym powrotem do tej płyty odnajduję ich coraz więcej. Jacek Hawryluk
47) Recenzja albumu Ecstasy Project Trio "Realium"
Syntezatory.pl (10.2004)
Jazz młodego pokolenia w Polsce to często pogranicze przetwórni klasycznej koncepcji jazzu z nowymi
technologicznymi próbami sceny demo.
Ogólnie ten nietypowy coctail dobrze wychodzi polskiej scenie a w prasie pisze się sporo o rozwoju
hybrydowych projektów, łączących z sobą dokonania sceny laptop i jazz.
Doskonałym przykładem jest ECSTASY PROJECT,
zaprezentowany mi. na koncercie ,"Electroniczny Odjazzd" w grudniu 2002 w Warszawie, gdzie obok laptop jazzu "OSTRZY"
Ostrowskiego i Trzaski, gdzie zabrzmiała również scena demo/sampltronic ("SEED", "01 Project") oraz industrial
("Quriosum") czy ambient (Artur Lasoń) i gameboye Żamojdy. W tym fantastycznym miksie zagrało w klubie Qult również
"Ecstasy Project" wyposażone jak przystało na charakter koncertu w poszerzone o laptop instrumentarium.
W tym roku muzyczny projekt perkusisty Rafała Gorzyckiego nagrał drugi album - "REALIUM". Album miał już swoją
radiową premierę. Obszerne fragmenty materiału z albumu "REALIUM" prezentowano przedpremierowo w audycji "Future Shock"
w radiu Jazz. Warto podkreslić, że pierwszy album zespołu ukazał się rok temu nakładem renomowanej wytwórni jazzowej:
GOWI - wydajacej największe Polskie i Europejskie nazwiska ze świata jazzu.
O świeżo wypieczonym projekcie lider zespołu, Rafał Gorzycki mówi:
"...Przez ponad rok konstruowałem koncepcję nowej płyty. Pragnąłem uchwycić w niej pewną melancholię.
Opisałem kolejno wizje pojawiające się podczas chwil spędzonych poza miastem. To jest europejski jazz - mój ulubiony..."
Projekt "REALIUM" jest rzeczywiście poza-miejską podróżą, zlepkiem momentów i wizji. Podróżą niesamowitą.
Podróżą sentymentalną przez uwikłany w chłodną psychodeliczną aurę las wspomnień i wizji. Echa "Noża w wodzie"
mieszają się w tym doskonałym materiale ze skandynawską zimą i wiosenna euforią. Słuchając "REALIUM"
trudno nie myśleć o realizacjach, za które odpowiedzialny był Jon Christensen i Ketil Bjornstad ("See").
Na przekór zjadającej własny ogon fali techników łomotu, "Ecstasy Project" sięga po lirykę i wyciszenie,
czasami po wschodnie zapożyczenia kłębiące się gdzieś głęboko pod pięknymi motywami przewodnimi.
To jest nowy jazz. Nie zawiera domieszek. Czysto muzyczne myślenie, całkowicie oddane nastrojom.
Muzyka "Ecstasy Project" pobudza do wysiłku intelektualnego i jest inna. Jest "ekstatyczna".
Nastrój napędzany rytmiką w takim stopniu, w jakim serce napędza nas do życia bez odrobiny uproszczeń, bez odrobiny łatwizn. Muzyka Nowa, Prawdziwa i Świeża.
Płyta, której nie można nie mieć.
Jarek Grzesica
48) Recenzja albumu City Songs Vol. XI
"Serpent" (marzec 2003)
"City Songs Vol. XI" to mieszanka piorunująca przeciętnego odbiorcę swą różnorodnością. I bardzo dobrze, bo przecież
o to chodzi aby muzyka była odwzorowaniem fascynacji, emocji i zainteresowań jej twórcy. Każdy z wykonawców "C.S. XI"
odsłania słuchaczowi pewien wycinek rzeczywistości; konkretny, niebanalny i przepełniony duchem naszych czasów.
Ta płyta nie ma chyba słabych stron, a jeśli nawet, to są one w ujęciu całościowym
niezauważalne.
Największe wrażenie zrobiły dla mnie dwa utwory; "Lunarglue" Rafała Gorzyckiego (Ecstasy Project) i "The
old Lady's Tale" Marcina Taszyckiego. Pierwszy z nich jest mi bardzo bliski klimatem. Przebrzmiewa w nim duch Johna
Cage i innych wielkich, a dodatkowym smaczkiem jest lekki powiew cywilizacyjnego zgiełku oraz dźwięków niewiadomego
pochodzenia w podkładzie. Z połamanym pianinem świetnie konweniują jazzowe perkusjonalia, a naprawdę interesujący
jest sposób w jaki Rafał, poprzez proste środki wyrazu, operuje przestrzenią.
Paweł Niemiec
49) Recenzja albumu Ecstasy Project "Ecstasy Project"
"Ultramaryna" (11.2000)
Debiut fonograficzny muzyków związanych z bydgoskim klubem MÓZG. Przyzwyczaiłem się już do
tego, że Bydgoszcz na muzycznej mapie Polski to miejsce szczególnej erupcji
energii i nowatorstwa, przynajmniej w stosunku do rodzimych tradycji i klimatów.
Podobnie jest i tym razem chociaż mamy do czynienia z dość czytelną inpiracją
jazz-rockiem lat 70-tych, w szczególności wczesnymi grupami Jack deJohnette,
Weather Report, Mahavishnu Orchestra. Nie jest to jednak tylko upust młodzieńczej
fascynacji.
Lider grupy, perkusista Rafał Gorzycki, jak i pozostali członkowie
zespołu, to uważni słuchacze współczesności i dobrzy warsztatowo instrumentaliści.
Mam wrażenie, że w ten sposób, próbują nawiązać bliższy kontakt z odbiorcą
zmęczonym awangardowymi pomysłami kolegów z "Mózgu", a z drugiej strony,
chcą zaprosić do uważniejszego słuchania muzyki, młodsze pokolenie melomanów-osłuchane
głównie w mocnych drum`n`bass i techno. Andrzej Kalinowski
50) Recenzja koncertu SSP on WEF Festival
Syntezatory.pl (10.2003)
Minął mniej więcej rok czasu od poprzedniej wizyty bydgoskiej formacji post - jazzowej kiedy to w klubie
QULT wystąpił zespół Ecstasy Project w ramach ELECTRONICZNY ODJAZZDU w grudniu 2002. Teraz na scenie
WEF Rafał Gorzycki, zaproponował inny skład: Sing Sing Penelope i formułę jeszcze bardziej odpowiadającą
potrzebie i klimatowi imprezy silnie związanej z elektroniką.
To co SSP na scenie jadłodajni Filozoficznej zaproponowało
16.10.2003 w ramach WEF to pomysł na muzyczną hybrydę jazzu i elktro humorystycznego feelingu, którego tak
często brakuje projektom czysto elektronicznym.
SSP przykuło uwagę publiczności i utrzymało ją do końca.
Zaangażowane brzmienie składu i świeżość psychodelicznych aranżacji przypomniała mi, że w każdym miejscu i
na każdej scenie to energia i umiejętność oddania publiczności emocji świadczy o dojrzałości muzyków.
Tak było
podczas koncertu bydgoskiej formacji. Publiczność niemal siedziała na głowach muzyków, kameralna atmosfera klubu sprzyjała
świetnemu transferowi wibracji bandu na publiczność, klimat więc udzielił się niemal natychmiast. SSP zaproszono na WEF ponieważ
jest to jedna z nielicznych formacji, poszukujących własnej tożsamości na obrzeżu jazzu i elektronicznych karnacji.
Klasyczne
instrumentarium połączone z charakterystyczną dopracowaną brzmieniowo melodyką uczy pokory wszystkich, którzy w elektronice
widzą wyłącznie drogę do ambientu czy click and cut.
Muzyka nie edytowana lecz zagrana, z wrażliwością ujęła publiczność
Warsaw Electronic Festival i mnie. Daje to nadzieję na to, że SSP usłyszymy niebawem na płycie. SSP to krok ku nowej polskiej
scenie post jazzu, czerpiącej z elektroniki, dającej więcej niż powiew świeżości, dającej pomysł i energię, która jest oczywistym
zaprzeczeniem zblazowanej warszawskiej sceny próbującej się konserwować we własnym sosie. Roman Domagalski
51) Recenzja koncertu Esctasy Project
"Jazzgot" Warszawa (02.2000)
Warszawski koncert był pierwszym z serii promujących ich fonograficzny debiut, płytę
"ECSTASY PROJECT".
Skład zespołu może trochę dziwić - drugim, obok gitary, instrumentem solowym
są bowiem skrzypce. Jednak za sprawa Łukasza Górewicza ich brzmienie
doskonale wpasowuje się w żywioł koncertu. Potraktowane gitarowymi, wydałoby
się, efektami (np. wah-wah) stanowią świetny duet z gitarą Tomasza Hesse.
Utwory z płyty znakomicie sprawdziły się w wersji live. Specyfika występu
na żywo dodała im nieco energii i dynamiki, której zabrakło w wersjach
studyjnych.
Oprócz nich EP ma w swoim repertuarze spokojne, nastrojowe
utwory-opowieści jak choćby znakomita "Florencja" basisty Jarka
Majewskiego.
Po kolejnym wolnym utworze Rafał Gorzycki, perkusista i lider
zespołu, zażartował: "Tak mi się podobają te klimatyczne kawałki,
że chyba zmienimy nazwę na Relanium Project".
Na razie jednak żadne zmiany się nie szykują i dobrze, bo wydaje się, że Ecstasy to dobry towar. Michał Sobieszuk
52) Recenzja albumu "Sleep Well I"
Requiem Records (03.2002)
Oto kompilacja z muzyką do "poduszki" i Sing Sing Penelope na Wielkie Otwarcie - otwiera bramę "wielkiego snu".
Ci, którzy słyszeli ten doskonały band w akcji na żywo wiedzą, jaki potrafi
roztoczyć klimat, ale to dopiero otwarcie, ponieważ chwilę później następuje
"Twin Triplets" absolutny trip Bexa Lali.
Nie wiem, co dokładnie oznacza ten tytuł...
pewnie jest gotowcem, który można rzucić tym, którzy pozostaną w domu. Na każdą pogodę,
dzień i noc, polski Trip, nastroje, energia wcale nie księżycowa, tramwaj, zmiana
miasta, szybki spacer zatłoczonym miastem, schody, cień, północ, południe, upał, chłód,
przebywanie poza cyklem...sleep well...
Sleep Well to pierwsza część z serii płyt mających za zadanie utulać do snu. Autorska propozycja
"muzyki po godzinie 22". Z jednej strony nastrojowe klimaty i tła, z drugiej odrobinę mroku dla równowagi...
Ambienty, ścieżki filmowe, spokojna elektronika i tripy.